Początek lat 90. Polskie uniwersytety publiczne pękały w szwach pod naporem studentów, działały w przestarzałych gmachach, z brakami w infrastrukturze i kadrą wychowaną jeszcze w realiach PRL. Tymczasem gospodarka pilnie potrzebowała menedżerów i informatyków – praktyków, którzy rozumieją strategie biznesowe. Z tej niecierpliwości rynku narodził się sektor uczelni prywatnych, przez lata traktowany z przymrużeniem oka. Dziś ta część systemu realnie zmienia polską edukację i zmusza prestiżowe uniwersytety do refleksji.
Jeszcze w 1990 roku podział był ostry i trudny do przełamania. Po jednej stronie: uniwersytety państwowe – symbole tradycji akademickiej, pełne klasy, lecz sztywne jak średniowieczne kościoły. Po drugiej: kilkanaście śmiałych inicjatyw prywatnych, zakładanych przez biznesmenów i akademików zmęczonych marazmem. Nazywano je „szkółkami niedzielnymi” i „fabrykami dyplomów”. Trzeba było sporo determinacji, żeby w takim otoczeniu powiedzieć: my zrobimy to inaczej.
Jak uczelnie prywatne zmieniły podejście do studenta
Na początku lat 90. w Polsce zaczęły powstawać prywatne uczelnie, które świadomie odeszły od modelu opartego wyłącznie na teorii i sztywnych, oderwanych od rzeczywistości programach. Zamiast bronić status quo, zaczęły słuchać biznesu, studentów i nauczycieli. Jednym z przykładów takiego podejścia jest WSB-NLU w Nowym Sączu, założona w 1991 roku jako jedna z pierwszych prywatnych szkół biznesu w kraju.
Tego typu uczelnie zrobiły coś, na co tradycyjna akademia długo nie miała odwagi: zadały pytanie, czego rynek i studenci będą potrzebować jutro, zamiast powtarzać w nieskończoność te same schematy. Zmiana nie polegała na rewolucji w nazwach kierunków, ale na praktycznym przeprojektowaniu sposobu nauczania. Student przestał być anonimowym numerem albumu, a stał się dorosłą osobą, która pracuje, ma rodzinę i realne obowiązki. To przełożyło się na konkretne decyzje:
- zatrudnianie praktyków biznesu obok teoretyków,
- uwzględnianie faktu, że wielu studentów łączy studia z pracą i życiem rodzinnym,
- stopniowe inwestowanie w technologie, które wspierają nowe modele nauczania.
- budowanie programów wokół case studies i realnych sytuacji zamiast abstrakcyjnych wykładów,
Oczywiście nie wszystkie uczelnie prywatne poszły tą drogą. Część postawiła na szybki zarobek i szybko zniknęła z rynku. Za to te, które skupiły się na jakości, praktyczności i technologii, zaczęły budować rozpoznawalne marki i zmieniać oczekiwania wobec całego systemu.
Pandemia jako test dojrzałości
Rok 2020 pokazał, które uczelnie mają realne zaplecze do pracy online, a które dopiero zaczynają je budować. Kiedy pandemia zatrzasnęła drzwi sal wykładowych, wiele dużych uniwersytetów publicznych znalazło się w defensywie. Zajęcia przeniosły się na wysyłane mailem prezentacje, egzaminy przesuwano w nieskończoność, studentów poproszono o cierpliwość. Przez kilka miesięcy panował chaos, który trudno było przykryć oficjalnymi komunikatami.
Tymczasem w mniej prestiżowych, ale lepiej przygotowanych technologicznie ośrodkach, przejście na tryb zdalny okazało się trudnością, ale nie kryzysem. Uczelnie, które przez lata inwestowały w infrastrukturę cyfrową i rozwijały własne modele nauczania online, były w stanie prowadzić zajęcia na żywo, umożliwiać studentom pracę w grupach i kontakt z wykładowcami za pośrednictwem sieci. Gdy świat zamknął się w domach, one po prostu włączyły pełny tryb online.
Dla opinii publicznej był to moment przełomowy. Technologia w edukacji przestała być ciekawostką czy gadżetem dla najbardziej ambitnych. Stała się warunkiem ciągłości nauczania. I to właśnie sektor niepubliczny okazał się w tej sytuacji lepiej przygotowany.
Edukacja wyższa bliżej mniejszych miast
Przez lata jednym z największych grzechów polskiego systemu edukacji była jego geografia. Studia na renomowanych uczelniach wymagały przeprowadzki do dużego miasta – Warszawy, Krakowa, Poznania czy Wrocławia. Dla wielu osób z mniejszych ośrodków było to po prostu nieosiągalne: ze względu na koszty, obowiązki rodzinne, pracę czy sytuację życiową.
Uczelnie prywatne stosunkowo szybko dostrzegły tę barierę i zaczęły ją obniżać, kierując się zresztą nie tylko misją, ale i zdrowym rozsądkiem biznesowym. Skoro student z Koszalina, Zambrowa czy Włocławka nie może wyjechać – można przyprowadzić edukację do niego. Stąd rozwój różnych form studiowania: zaocznych, wieczorowych, hybrydowych i w końcu w pełni online.
Dla tysięcy osób oznaczało to realny awans edukacyjny bez konieczności zrywania dotychczasowego życia. Doświadczony wykładowca może dziś prowadzić zajęcia dla grupy, w której są studenci z Podlasia, Podkarpacia i Dolnego Śląska jednocześnie. Wszyscy uczestniczą w tych samych zajęciach, realizują ten sam program i otrzymują ten sam dyplom. Edukacja wyższa przestaje być przywilejem tych, których stać na przeprowadzkę – staje się usługą dostępną w dużo szerszej skali.
Elastyczna edukacja także dla nauczycieli
Zmiana, którą przyniosły uczelnie niepubliczne, nie dotyczy tylko młodych ludzi rozpoczynających studia. Coraz większe znaczenie ma również elastyczne dokształcanie osób, które już pracują w szkołach lub dopiero myślą o wejściu do zawodu nauczyciela. Dla wielu z nich największą barierą przez lata była konieczność dojazdów na studia podyplomowe do większego miasta.
Dziś przygotowanie do pracy w edukacji można zrealizować w formie dostosowanej do realnego życia. Programy typu “Przygotowanie pedagogiczne do zawodu nauczyciela” pozwalają zdobyć kwalifikacje bez rezygnacji z dotychczasowej pracy, często w formule zdalnej lub hybrydowej. To ważne szczególnie w mniejszych miejscowościach, gdzie brakuje kadry – lokalni nauczyciele i przyszli nauczyciele mogą podnosić kwalifikacje, zostając w swoim środowisku. Elastyczne formy kształcenia pedagogicznego są jednym z przykładów, jak sektor prywatny odpowiada na konkretne potrzeby rynku, zamiast powielać sztywne, jednolite ścieżki.
Gdy uniwersytety publiczne zaczynają nadrabiać
W ostatnich latach można zaobserwować ciekawy proces. Uniwersytety publiczne, które przez dekady patrzyły z dystansem na uczelnie prywatne, zaczynają stopniowo wdrażać rozwiązania wypracowane przez sektor niepubliczny. Cyfryzacja zajęć, rozbudowane platformy e-learningowe, bardziej elastyczne formy studiowania – to wszystko pojawia się dziś również na największych uczelniach.
Czasem wymaga to współpracy z firmami technologicznymi, czasem trudnych decyzji kadrowych i zmiany przyzwyczajeń. Ale kierunek jest jasny: tradycyjna akademia zaczyna korzystać z doświadczeń sektora, który jeszcze niedawno był traktowany jak gorszy. Z perspektywy studentów i społeczeństwa to dobra wiadomość – im więcej nowoczesnych narzędzi i elastyczności w systemie, tym większy dostęp do edukacji.
Synergia zamiast wojny sektorów
Po ponad trzech dekadach od pojawienia się pierwszych uczelni prywatnych widać, że proste podziały typu „publiczne kontra prywatne” mają coraz mniej sensu. Polska edukacja wyższa potrzebuje i jednych, i drugich. Z jednej strony – strażników tradycji akademickiej, pamięci, badań podstawowych. Z drugiej – ośrodków, które szybciej reagują na zmiany rynku pracy, eksperymentują z technologią i modelem kształcenia.
Przykłady uczelni niepublicznych, które z lokalnych inicjatyw stały się ważnymi graczami w obszarze cyfryzacji edukacji i elastycznych form studiowania, pokazują, że ich rola nie ogranicza się do „zapełniania luk”. To pełnoprawni partnerzy w rozmowie o tym, jak ma wyglądać nauczanie w Polsce w kolejnych dekadach.
Na końcu nie liczy się to, czy uczelnia ma w historii 200 lat, czy dopiero 30. Najważniejsze jest, czy potrafi wyposażyć studenta – młodego czy dojrzałego, z dużego miasta czy z małej miejscowości – w kompetencje potrzebne w przyszłości, nie gubiąc przy tym akademickiej uczciwości i sensu kształcenia. Sektor prywatny pokazał, że można to robić inaczej niż dotychczas. A to zmusiło cały system do ruchu. Dzięki temu polska edukacja wyższa jest dziś bardziej różnorodna, żywa i otwarta, niż ktokolwiek przewidywał 30 lat temu.