Dorabiałam wielokrotnie. Kilka miesięcy temu zakończyłam pracę dodatkową w kasie w jednym z supermarketów. Wcześniej pracowałam w sieci fast foodów. Chyba zakończyłam już ten etap – pracy na dwa etaty. Przypłaciłam to utratą zdrowia. Nie miałam wyjścia, musiałam dorabiać, życie mnie do tego zmusiło.
Z Magdaleną Krawczyk, nauczycielką przedszkola z Dąbrowy Górniczej, rozmawia Katarzyna Piotrowiak
Ile lat pracuje Pani jako nauczyciel przedszkola?
– Mija 16. rok mojej pracy. Mam stopień nauczyciela dyplomowanego.
Czasami Pani żałuje, że została nauczycielem?
– Kiedy patrzę na moje dzieciaki w przedszkolu, to wtedy o tym nie myślę, spełniam się w 100 proc. Kiedy wracam do domu i muszę zmierzyć się z wieloma problemami, wówczas zastanawiam, się czy to był właściwy wybór. Nie mogę powiedzieć, żebym korzystała z życia. Na niewiele mogę sobie pozwolić.
Rząd inwestuje w oświatę – powiedział premier Mateusz Morawiecki podczas exposé. Czuje Pani, że jest oczkiem w głowie rządu?
– Humorów nam rząd nie poprawił. Jesteśmy zaskoczeni, że po tym wszystkim, co działo się w kwietniu i po tych nikłych podwyżkach od września, ktoś w ogóle może mówić, że jest lepiej. Jako nauczyciele czujemy się zawiedzeni, a jako nauczyciele przedszkola po prostu oszukani, gorszego sortu.
Skąd biorą się takie odczucia?
– Nauczyciele przedszkoli są spychani na boczny tor i traktowani jako mało znacząca grupa zawodowa. Część społeczeństwa uważa nas wyłącznie za „panie przedszkolanki”, które potrafią wyłącznie podcierać pupy i karmić dzieci. Politycy zresztą podtrzymują te odczucia społeczne. Zapominają, że nauczyciele przedszkoli nie tylko wychowują i opiekują się dziećmi, ale także uczą i realizują podstawę programową. Nauczyciele przedszkoli także mają wykształcenie wyższe i niejednokrotnie po kilka dyplomów.
W Pani przypadku też tak jest?
– Nauczanie początkowe z wychowaniem przedszkolnym uprawnia mnie także do pracy w szkole, w klasach I-III. Mam dyplom z organizacji turystyki dla dzieci i młodzieży, ukończyłam też logopedię. Jesteśmy pracownikami posiadającymi własną godność, w większości kobietami, które nie tylko starają się o podnoszenie kwalifikacji zawodowych, ale także o poprawę warunków pracy w niedoinwestowanych przedszkolach. Przedszkole to nie tylko zabawki.
Czego w nich brakuje?
– Logopedą jestem od lat, ale jeszcze nie dostałam żadnych godzin dodatkowych, mimo że potrzeby są ogromne. Nawet 1/4 dzieci w 25-osobowej grupie potrzebuje pomocy logopedy. To są dzieci z poważnymi zaburzeniami, ale maluchów z drobnymi deficytami również nie brakuje. Samorządy, niestety, nie mają pieniędzy na wsparcie logopedyczne. W przedszkolach coraz trudniej jest realizować się zarówno zawodowo, jak i finansowo. To nas przytłacza.
(…)
Jak słyszałam, dorabia Pani do pensji nauczycielskiej poza oświatą.
– Żeby tylko jeden raz… Dorabiałam wielokrotnie. Kilka miesięcy temu zakończyłam pracę dodatkową w kasie w jednym z supermarketów. Wcześniej pracowałam w sieci fast foodów. Chyba zakończyłam już ten etap – pracy na dwa etaty. Przypłaciłam to utratą zdrowia. Nie miałam wyjścia, musiałam dorabiać, życie mnie do tego zmusiło.
Jak Pani godziła pracę w przedszkolu z pracą w sieci fast food i supermarkecie?
– Supermarkety i sieciówki fast food mają ruchome godziny pracy, można łatwo ustalić grafik. W supermarkecie pracowałam na pół etatu, a hamburgery przygotowywałam na 3/4 etatu. Pracowałam siedem dni w tygodniu. W weekendy spędzałam w dodatkowej pracy po dziesięć godzin, a od poniedziałku do piątku, kiedy musiałam to wszystko łączyć, pracowałam od 16 do 21.
O której kończyła Pani pracę w przedszkolu?
– O 15.
Jak znajdowała Pani siły, żeby wstać o świcie następnego dnia?
– Ciągle zastanawiam się, skąd brałam na to wszystko siłę. Wstawałam o świcie i szłam do przedszkola, potem w godzinę musiałam dotrzeć do drugiej pracy, w której siedziałam do wieczora. Kiedy przygotowywałam zajęcia dla dzieci? Nadrabiałam w innych dniach albo późnym wieczorem, kiedy byłam kompletnie padnięta.
Jak długo trwała praca na drugim etacie?
– Niecałe trzy lata. Ze względów zdrowotnych już tego nie biorę pod uwagę. W takich sytuacjach człowiek musi dokonywać strasznych wyborów.
(…)
O co chciałaby Pani zaapelować do rządu?
– Proszę nas traktować z szacunkiem. Są kraje, które świetnie sobie z tym poradziły. Moja koleżanka pracuje w norweskim przedszkolu, praca jest zorganizowana, a płaca adekwatna do doświadczenia i kwalifikacji. My kwalifikacje mamy, a nie możemy się w nich realizować. Przedszkola potrzebują też pieniędzy na zaplecze dydaktyczne.
Pomoce dydaktyczne kupujecie same? Co na przykład?
– Rzeczy potrzebne do wykonania dekoracji i ozdób – kartki, brystol, papier kolorowy. Często kupujemy to wszystko z własnych pieniędzy, żeby nie wyciągać z kieszeni rodziców. Kiedyś naprawdę sporo dokładałam, teraz staram się podchodzić do tego bardziej ekonomicznie.
To znaczy? Ile miesięcznie Panią kosztują te materiały?
– Różnie. Arkusz brystolu jest po 2 zł a pięć sztuk to mało. Kilkadziesiąt złotych miesięcznie.
Dziękuję za rozmowę.
***
Cały wywiad jest dostępny w Głosie Nauczycielskim nr 49 z 4 grudnia br. i w ewydaniu