Dostosowanie się szkół do nowej sytuacji nastąpi ze znacznym opóźnieniem. I nie będzie to w skali 1:1. Na poziomie kraju to tak nie działa. Jeśli liczba uczniów zmniejszy się o 40 proc., to wcale nie oznacza, że liczba nauczycieli gwałtowanie spadnie o podobny wskaźnik. Nauczyciele uczą różnych przedmiotów, czasami po kilka, jest masa cząstkowych etatów, zatem mimo braku uczniów nauczyciele nie będą masowo tracić pracy.
Na zdjęciu: Dr. hab. Piotr Szukalski, członek Rady do spraw Społecznych Narodowej Rady Rozwoju przy Prezydencie Rzeczypospolitej Polskiej (w kadencji 2020-2025). Fot. Kancelaria Prezydenta RP
Z dr. hab. Piotrem Szukalskim, demografem z Katedry Socjologii Wsi, Miasta i Zmiany Społecznej na Uniwersytecie Łódzkim, rozmawia Katarzyna Piotrowiak
Depopulacja na poziomie lokalnym i regionalnym działa na korzyść największych miast i aglomeracji z tzw. wielkiej piątki – to wniosek z badania migracji Polaków, przeprowadzonego przez zespół socjologów z Uniwersytetu Łódzkiego. Jakie to będzie miało przełożenie na sytuację szkół i nauczycieli w Polsce powiatowej?
– Jak łatwo się domyślić, jeśli dzisiejsi 20- i 30-latkowie przenoszą się z peryferii Lubelszczyzny czy Podlasia do Warszawy, Wrocławia, Krakowa, Trójmiasta i Poznania, to zabierają ze sobą swoje zdolności rozrodcze. Taka decyzja ma wpływ nie tylko na szkolnictwo wyższe, także na system edukacji.
Ich dzieci nie będą chodziły do szkoły gminnej i powiatowej. Gminy i powiaty, które się wyludniają, będą musiały podejmować coraz więcej decyzji dotyczących sieci szkół.
Czy to podzieli kraj na dwa skrajne obszary pod względem sytuacji demograficznej?
– Tak, bo to oznacza, że np. w szkołach w Krasnymstawie czy Hajnówce będzie zdecydowanie mniej dzieci, niż być powinno. Depopulacja wynikająca z migracji będzie utrwalać zróżnicowanie Polski na część, gdzie szybko spada liczba dzieci i młodzieży w wieku szkolnym, i tę część, gdzie z uwagi na napływ młodych ludzi relatywnie zwiększa się liczba urodzeń bardziej, niż należałoby się tego spodziewać.
W dużych aglomeracjach, mimo kryzysu demograficznego, będziemy mieć do czynienia z wciąż relatywnie dobrą sytuacją. Znacznie lepszą niż na terenach peryferyjnych.
Jak długo wielkie miasta mogą zyskiwać demograficznie na migracji?
– Nie można jednoznacznie odpowiedzieć na to pytanie, bo nawet w skali bardzo dużego miasta, tak jak w przypadku Warszawy czy Krakowa, relatywnie duża liczba urodzeń wynikająca z migracji z Polski powiatowej może powodować, że sieć szkół i tak będzie musiała być dostosowywana do lokalnych uwarunkowań. Ważnym czynnikiem jest to, że te miasta się rozrastają.
Zjawisko suburbanizacji wewnętrznej powoduje, że ludzie w coraz większym stopniu osiedlają się w ramach miasta, ale przy jego granicy. Jak łatwo się domyślić, powiększanie się przedmieść też ma wpływ na sieć szkół i miejsca pracy.
Podczas gdy w Polsce powiatowej szkoły będą likwidowane?
– Nie tylko tam. Suburbanizacja ma także wpływ na centra dużych miast i liczbę szkół zlokalizowanych w śródmieściu lub w tych dzielnicach, które mają bardzo wysokie ceny nieruchomości. Bo tam jest mniej młodych ludzi i mniej dzieci, które mogłyby chodzić do szkoły lub przedszkola.
Demografia odbije się najpierw na sieci szkół, a później na liczbie nauczycieli?
– Z siecią szkół będzie problem nawet tam, gdzie będzie relatywnie dobra sytuacja, myślę także o dużych gminach z ok. 400-800 tys. mieszkańców. Sytuacje są nieporównywalne. Nie da się wprost porównać np. Łodzi i Krakowa. Oba miasta są bardzo specyficzne, nawet w ramach swoich granic administracyjnych. W Łodzi, która jest jednym z najszybciej wyludniających się miast w Polsce, nie wszędzie jest tak samo.
Świetnie to widać na przykładzie osiedla przy lotnisku Lublinek, które się rozrasta. I kiedy w skali całego miasta szkoły mają coraz mniej oddziałów równoległych, rodzice dzieci z Lublinka żądają, żeby zbudować nową szkołę.
A odnosząc to do nauczycieli… W lepszej sytuacji będą ci, którzy pracują w szkołach na przedmieściu, a w nie śródmieściu.
– Zdecydowanie tak, pod warunkiem że mówimy o wielkich miastach. Przy czym dobrze wiemy, że w przypadku nauczycieli wielkomiejskich rzadko się zdarza, żeby mieszkali w pobliżu szkoły. Nauczyciele generalnie poświęcają sporo czasu na dojazd do swojej placówki. Tragedii jednak nie będzie. W najgorszej sytuacji będą nauczyciele z najbardziej peryferyjnych obszarów kraju.
Z tzw. ściany wschodniej?
– Nie tylko. Ja mówię o peryferiach peryferiów, obszarach wyludniających się na pograniczu różnych województw: świętokrzyskiego i mazowieckiego, świętokrzyskiego i małopolskiego, w mniejszym stopniu mazowieckiego i podlaskiego oraz podlaskiego i warmińsko-mazurskiego. Tam jest tak samo jak na Podlasiu i w wielu rejonach Lubelszczyzny. Ale nie tylko tam. Konin i Włocławek straciły ok. 30 proc. mieszkańców. No i czeka nas większy problem, związany z wyłanianiem się coraz większej liczby bardzo małych gmin, czyli takich, gdzie mieszka ok. 2-3 tys. osób, co spowoduje, że z ekonomicznego punktu widzenia niemożliwe będzie prowadzenie nawet jednej szkoły w całej gminie. I myślę, że to będzie coś, z czym jeszcze się jeszcze nie zetknęliśmy.
Czy to może być zjawisko na skalę masową?
– Niestety, tak. Bo mówimy o gminach wiejskich, które są jednak relatywnie duże pod względem obszaru, ale z niską gęstością zaludnienia. Dzieci będą musiały pokonywać duże odległości od miejsca zamieszkiwania do miejsca pobierania nauki, i to w ramach szkół podstawowych.
Co to oznacza dla szkół w najbliższej dekadzie? Jakie decyzje muszą podjąć decydenci, którzy odpowiadają za system edukacji w Polsce?
– Nie za bardzo wierzę w to, żeby na peryferyjnych obszarach, gdzie w promieniu 20 km edukację będzie zapewniać jedna szkoła podstawowa, udało się zbudować efektywny system dowozu dzieci do szkoły. Trzeba będzie rozważyć organizowanie nauki w formie hybrydowej, np. przez dwa – trzy dni dowozić dzieci do szkoły, a w pozostałe dni zostawiać je w świetlicy w gminnym „klubie”, żeby mogły uczyć się zdalnie. Szkoła podstawowa pełni dwie ważne funkcje – edukacyjną i opiekuńczą. Dla wielu rodziców to, że dziecko jest w szkole, jest sprawą kluczową, bo umożliwia im aktywność zawodową. Dlatego już teraz trzeba myśleć o tego typu rozwiązaniach. Przygotowywana reforma programowa powinna być z tym powiązana. Powinna odpowiadać na pytania, co zrobić, żeby dzieci z obszaru depopulacji nabyły wiedzę i umiejętności nie gorsze niż rówieśnicy, którzy będą mieli stały dostęp do szkoły w dotychczasowym jej rozumieniu, i nie czuły się gorsze.
To jest aż tak bliska przyszłość?
– To już się zaczęło. Mamy takie powiaty w Polsce, gdzie liczba młodych mieszkańców zmniejszyła się w ciągu ostatnich lat o 40 proc. Katastrofalna sytuacja jest m.in. w powiecie hrubieszowskim, bartoszyckim i krasnostawskim. Łącznie 18 powiatów straciło w ostatnich 25 latach co najmniej 20 proc. ludności. Wiadomo, że w ciągu najbliższych kilku lat zmniejszy się liczba uczniów. Możemy z góry założyć, że samorządy najpierw będą zmniejszać liczbę oddziałów, ale poniżej pewnej liczby nikt nie będzie chciał szkoły utrzymywać.
Co będzie z nauczycielami? Czy zaczną masowo tracić pracę?
– Nie sądzę, aby doszło do masowej utraty pracy. W system edukacji jest wbudowana pewna inercyjność, co sprawia, że reaguje z opóźnieniem, a więc w sytuacji nagłego spadku liczby uczniów nie będzie katastrofy.
Tylko że w końcu coś pęknie.
– Nie sądzę. Dostosowanie się szkół do nowej sytuacji nastąpi ze znacznym opóźnieniem. I nie będzie to w skali 1:1. Na poziomie kraju to tak nie działa. Jeśli liczba uczniów zmniejszy się o 40 proc., to wcale nie oznacza, że liczba nauczycieli gwałtowanie spadnie o podobny wskaźnik. Nauczyciele uczą różnych przedmiotów, czasami po kilka, jest masa cząstkowych etatów, zatem mimo braku uczniów nauczyciele nie będą masowo tracić pracy.
(…)
Pamiętam wypowiedź ministra Czarnka, że w ciągu kilku lat trzeba będzie zwolnić 100 tys. nauczycieli. Przypuszczam, że to znacząco wstrzymało napływ młodych do pracy w szkołach, bo uznali, że to zawód bez przyszłości.
– To jest zawód, który bez wątpienia czekają zmiany, ale nadal ma ogromną przyszłość. Sztuczna inteligencja nie jest w stanie zastąpić wszystkich funkcji, jakie pełni nauczyciel – wychowawczej, opiekuńczej, terapeutycznej ani w pełni edukacyjnej. Możliwe jest zmniejszanie się liczby etatów na poziomie szkoły średniej i wyższej. Natomiast tam, gdzie mamy do czynienia z opieką nad dzieckiem – a założyć można, że dotyczy to całej szkoły podstawowej – zawód nauczyciela oprze się różnym zjawiskom. Pamiętajmy też o tym, że zgodnie z prognozami w ciągu kilkunastu lat ponad połowa nauczycieli osiągnie wiek emerytalny, a część z nich już jest w tym wieku. Zacznie się exodus, bardzo szybko będzie ubywać nauczycieli. To szkoła będzie musiała się zmienić bardziej niż sami nauczyciele.
Nie ma Pan co do tego wątpliwości?
– Nie mam żadnych wątpliwości, że w czasach znacznego zmniejszania się liczby uczniów nauczyciele jako grupa zawodowa – zwłaszcza w szkołach podstawowych – będzie dotknięta utratą pracy w nieproporcjonalnie mniejszym stopniu, niż mogłoby to wynikać z samych przemian demograficznych.
Dziękuję za rozmowę.
Publikujemy obszerne fragmenty wywiadu, który ukazał się w Głosie Nauczycielskim nr 1-2 z 7-14 stycznia 2026 r. Całość w wydaniu drukowanym i elektronicznym (https://e.glos.pl/#e-wydania)
