Spójrzmy na demografię w kontekście pozytywów dla edukacji, czyli mamy mniej dzieci, więc możemy zmniejszyć liczbę uczniów w klasach, umożliwiając m.in. większą indywidualizację nauczania, postawić na wysoką jakość, wykorzystać ten moment do pozytywnych zmian. Ale zamiast tego szuka się rozwiązań prawnych, żeby szybciej i prościej likwidować placówki.
Z Iloną Kielańską, prezeską Oddziału ZNP w Koninie, wiceprezeską Zarządu Okręgu Wielkopolskiego i członkinią ZG ZNP, rozmawia Katarzyna Piotrowiak
Przegłosowana w Sejmie nowelizacja ustawy – Prawo oświatowe wprowadza zmiany w procedurach związanych z likwidacją placówek oświatowych. Położono m.in. nacisk na tzw. uspołecznienie likwidacji. Co to oznacza?
– Każda likwidacja to jest bardzo skomplikowany temat oraz trudny czas, szczególnie dla pracowników, uczniów oraz rodziców. Ustawa, o której mówimy, nakłada na organy prowadzące obowiązek przeprowadzania w tej sprawie konsultacji społecznych oraz wprowadza jasne zasady zawiadamiania o zamiarze likwidacji szkoły. Formalne zaangażowanie strony społecznej jest dla nas bardzo ważne, bo z doświadczenia wiemy, że nie zawsze jest to takie oczywiste dla rządzących.
Nie zawsze jest to oczywiste również dla radnych, którzy co do zasady powinni być łącznikami między mieszkańcami a organem prowadzącym i, niestety, bardzo często o tym zapominają.
Jak Związek dowiaduje się o tych zamiarach? Często się słyszy, że plany wychodzą na jaw dopiero przy podejmowaniu uchwały intencyjnej.
– Dowiadujemy się z różnych źródeł. Często są to przychylni oświacie radni, ale zdarza się, że informację taką pozyskujemy z doniesień medialnych. Rolą ZNP jest m.in. reprezentowanie i obrona praw pracowników, ale również dobro szeroko pojętej oświaty, dlatego na takie doniesienia reagujemy niezwłocznie, podejmując wszelkie niezbędne działania. Gdybyśmy czekali, aż dostaniemy uchwałę o likwidacji do zaopiniowania, to często byłoby już za późno.
Przygotowana w MEN nowelizacja jest przedstawiana jako ustawa ratująca małe szkoły przed likwidacją. Ale nie wszystko w niej zmierza w oczekiwanym kierunku. Co niepokoi?
– Zmiany w procedurze likwidacji placówek oświatowych są potrzebne. Część z zawartych w procedowanej ustawie przepisów jest korzystna, szczególnie te, o których wspomniałam wcześniej. Jednak znajdują się w niej również przepisy niekorzystne, dające nieograniczone możliwości organom prowadzącym, np. dotyczące przekazania przez samorząd terytorialny prowadzenia szkoły publicznej, m.in. stowarzyszeniu, fundacji, osobie fizycznej. Bardzo duże wątpliwości budzi umniejszenie roli organu sprawującego nadzór pedagogiczny przy podejmowaniu decyzji dotyczących losów placówek oświatowych.
W przekazie medialnym ministerstwa podkreśla się ważną rolę kuratorów, więc trudno zrozumieć proponowanie zmiany polegającej na usunięciu wyrazu „pozytywna” z określenia „pozytywna opinia organu sprawującego nadzór pedagogiczny”. W kontrze do przekazu MEN rola opinii kuratora zostanie w ten sposób zminimalizowana. Takie zmiany są korzystne nie dla oświaty, tylko dla samorządów, aby mogły swobodniej podejmować decyzje.
Kolejną niepokojącą zmianą jest rozszerzenie katalogu możliwości łączenia placówek w zespoły. W takim przypadku np. gmina będzie mogła połączyć wszystkie szkoły podstawowe z terenu objętego jej działaniem w jeden zespół. Uważam, że opinia kuratora oświaty w tak istotnych kwestiach, jak m.in.: likwidacja, przekazanie, łączenie w zespoły, jest szczególnie istotna i dlatego jego rola powinna być wzmocniona przepisami.
Nie wiem, jakie konsekwencje długoterminowe spowodują proponowane zmiany. Jednak, znając dotychczasowe działania niektórych samorządów, jest duże ryzyko, że przepisy te szybko zostaną wykorzystane w celu poprawienia wyników finansowych, ratowania budżetów samorządów, a nie dla dobra oświaty oraz lokalnych społeczności.
Jak wiele jest tego typu zmian?
– Sporo. Zapisano je na 22 stronach. Wrócę do jednego z przykładów, o którym wspomniałam wcześniej, a który budzi mój ogromny niepokój. Otóż w przypadku przekazania przez organ prowadzący prowadzenia szkoły liczącej nie więcej niż 70 uczniów osobie prawnej, niebędącej jednostką samorządu terytorialnego, lub osobie fizycznej, usunięto wymóg pozytywnej opinii kuratora oraz wyłączono stosowanie wprowadzanej nowymi przepisami procedury dotyczącej likwidacji. Pamiętajmy, że w takim przypadku organem prowadzącym tej placówki nie jest już samorząd, tylko podmiot przejmujący, np. fundacja czy stowarzyszenie.
Już na pierwszy rzut oka widać, że to może być ułatwienie w przekazaniu placówek publicznych innym organom prowadzącym. Może to grozić pozbywaniem się placówek publicznych przez samorządy. Konsekwencje tego poniosą nauczyciele i uczniowie.
Do czasu wejścia w życie zmian działają jeszcze obecne przepisy. Na ich podstawie do końca lutego podejmowano uchwały intencyjne w sprawie likwidacji placówek od nowego roku szkolnego. W wielu miejscach w kraju trwa więc walka o powstrzymanie zamiaru likwidacji. Jak można uratować szkołę?
– Bardzo ważną rolę odgrywa presja społeczna rodziców, pracowników, związków zawodowych, radnych oraz dzieci i młodzieży. Często przekonujemy się, że jeśli społeczność nie walczy o szkołę, to wtedy łatwiej ją zlikwidować. Najczęściej jest tak, że pierwsze plany likwidacyjne powstają w zaciszu samorządowych gabinetów.
Długo się o tym nie mówi otwarcie, za to powstają „tajne” raporty lub analizy na temat kosztów utrzymania szkół i przedszkoli albo zleca się kosztowne audyty zewnętrzne, tak jak to było m.in. w Koninie. Audyty te nie biorą pod uwagę aspektów społecznych, nie ma w nich również nic o tym, co warto poprawić, aby polepszyć warunki nauki uczniom oraz warunki pracy pracownikom. Dla samorządów coraz częściej jesteśmy tylko liczbami w Excelu, dla których najistotniejszą pozycją jest informacja, ile do tego dopłaca samorząd. Postrzegają edukację jako koszt, a nie inwestycję w przyszłość.
Nie myśli się o korzyściach wynikających ze zmniejszenia liczby uczniów w klasach, poprawie warunków nauki dzieciom ze specjalnymi potrzebami edukacyjnymi. Główny nacisk jest na to, co zrobić, by jak najmniej wydać na oświatę, a co za tym idzie, na dzieci i ich wykształcenie. Pamiętajmy, że edukacja publiczna jest zadaniem własnym samorządu i to on ponosi za nią odpowiedzialność.
To jest tzw. optymalizacja kosztów, jak mówią w gminach i powiatach.
– ZNP od lat podkreśla, że optymalizacja kosztów w edukacji powinna skupiać się na efektywnym wykorzystaniu zasobów, a nie na ich cięciu. To nie działalność gospodarcza i nie jest najważniejszy jej wynik finansowy. Edukacja to dzieci, młodzież, rodzice, pracownicy pedagogiczni i niepedagogiczni. Zamiast rozpatrywać edukację w kategoriach zapewnienia lepszej przyszłości, szuka się kolejnych sposobów na to, żeby zmniejszać koszty. Niestety, często ze szkodą dla dzieci i ich przyszłości.
MEN podaje, że w skali kraju jest w sumie 1977 szkół z liczbą dzieci mniejszą niż 100 uczniów. Słyszymy, że demografia jest bezlitosna…
– Wiemy, że demografia jest bezlitosna, ale skupianie się na samej statystyce prowadzi do chaosu. Na papierze i w tabelkach można tworzyć różne modele i plany, a gdzie w tym wszystkim są ludzie? Uczniowie muszą mieć zapewnioną edukację publiczną odpowiedniej jakości. Z jednej strony mówi się, że jakość edukacji trzeba poprawić, bo jest coraz więcej dzieci ze specjalnymi potrzebami edukacyjnymi, a z drugiej likwiduje się jedną szkołę za drugą. Spójrzmy na demografię w kontekście pozytywów dla edukacji, czyli mamy mniej dzieci, więc możemy zmniejszyć liczbę uczniów w klasach, umożliwiając m.in. większą indywidualizację nauczania, postawić na wysoką jakość, wykorzystać ten moment do pozytywnych zmian. Ale zamiast tego szuka się rozwiązań prawnych, żeby szybciej i prościej likwidować placówki.
Według „Przewodnika po strategiach edukacyjnych” opublikowanego na stronie Instytutu Badań Edukacyjnych koszty wdrożenia mniej licznych klas byłyby bardzo wysokie.
– Patrzenie na edukację wyłącznie jak na obszar, który generuje koszty, jest poważnym błędem. W 2025 r. radni miasta Konina postanowili dokonać analizy sytuacji w placówkach oświatowych. Audyt kosztował gminę ok. 120-130 tys. zł. Powstał dokument liczący 260 stron. Większość danych została przedstawiona pod kątem oczekiwań zlecającego. Samorządowcy dowiedzieli się z tego audytu tego, czego chcieli się dowiedzieć. Że oświata jest droga, że trzeba dopłacać, że demografia jest bezlitosna. Nie wzięto pod uwagę m.in. tego, że wiele osób wyprowadza się do ościennych gmin, bo tam powstają liczne osiedla domów jednorodzinnych, ale ich dzieci nadal uczą się w Koninie.
Co się dalej wydarzyło w tej sprawie?
– W Koninie przez wiele miesięcy nikt nie rozmawiał z pracownikami, rodzicami ani ze związkami zawodowymi. Wyniki audytu przedstawiono w połowie grudnia i, jak się później okazało, bardzo szybko podjęto wstępne decyzje. Sytuacja się zmieniła, gdy sprawa wyszła na jaw i doszło do spotkania ze stroną społeczną. Niestety, było to dopiero w drugiej połowie stycznia.
Zadziałała presja społeczna?
– Są rezultaty. Trzy przedszkola, które miały być likwidowane 31 sierpnia 2026 r. oraz jedno w 2027 r., będą likwidowane „przez wygaszanie” do 2029 r. W tych przedszkolach jest 408 dzieci do przeniesienia oraz 107 pracowników, którzy stracą pracę. Z kolei projekty uchwał o zamiarze likwidacji Zespołu Szkół Technicznych, gdzie obecnie uczy się 185 uczniów i pracuje 35 osób, zostały zdjęte z porządku obrad. Gdybyśmy się o tym nie dowiedzieli na czas, mogłoby być znacznie trudniej. Presja społeczna i związkowa okazała się skuteczna. Wszyscy stanęli murem w obronie przedszkoli i szkoły. Nie zgodziliśmy się na likwidacje bez planu na przyszłość. Teraz czekamy na opinię wielkopolskiego kuratora oświaty. Myślę, że samorządy często obawiają się zderzenia ze stroną społeczną i związkową, bo trzeba wtedy z nimi rozmawiać jak z partnerem, odpowiadać na trudne pytania i znaleźć odpowiednie rozwiązania.
Trzeba zmienić spojrzenie na szkołę, popatrzeć na edukację przez pryzmat potrzeb dzieci, które mają coraz więcej problemów z kondycją psychiczną. Coraz więcej jest dzieci i młodzieży ze specjalnymi potrzebami edukacyjnymi. One potrzebują małych szkół i klas, gdzie jest mniej bodźców, gdzie na korytarzach nie trzeba się przepychać. Mniejsze szkoły mogą zminimalizować te i inne problemy, zmniejszyć również liczbę dzieci objętych nauczaniem indywidualnym. Tyle mówi się o depresjach, samobójstwach i próbach samobójczych. Tymczasem samorządy nie chcą utrzymywać mniejszych placówek, które są bardziej komfortowe, szczególnie dla takich uczniów.
Dziękuję za rozmowę.
Wywiad ukazał się w Głosie Nauczycielskim nr 9-10 z 4-11 marca 2026 r.
Fot. ZNP