Czy szkołom grozi zapaść? Agnieszka Migus: System niedostatecznie nas wspiera

Stres jest przez cały rok. Odbiór społeczny zawodu i relacje z rodzicami bardzo się zmieniły. Kiedy rodzice nie są zadowoleni, po prostu przychodzą z pretensjami. Potrafią nawet bez pytania wpaść do sali lekcyjnej. Sposób komunikacji w przypadku nauczycieli stał się więc sprawą kluczową. Każdy z nas musi być cały czas czujny, pilnować się, uważać na to, co mówi. To budzi ogromny stres, bo rodzic może mówić, co chce i jak chce. Ci, którzy nie chcą współpracować ze szkołą, potrafią „umilić” życie nauczycielom, ale również innym rodzicom. Problemem jest to, że nie ma kodeksu, który regulowałby pewne zachowania.

Z Agnieszką Migus, dyrektor Publicznej Szkoły Podstawowej nr 3 im. Kawalerów Orderu Uśmiechu w Głuchołazach, rozmawia Katarzyna Piotrowiak

Stres w szkole to jest coś incydentalnego czy permanentnego?

– Stres jest przez cały rok. Odbiór społeczny zawodu i relacje z rodzicami bardzo się zmieniły. Kiedy rodzice nie są zadowoleni, po prostu przychodzą z pretensjami. Potrafią nawet bez pytania wpaść do sali lekcyjnej. Sposób komunikacji w przypadku nauczycieli stał się więc sprawą kluczową. Każdy z nas musi być cały czas czujny, pilnować się, uważać na to, co mówi.

To budzi ogromny stres, bo rodzic może mówić, co chce i jak chce. Ci, którzy nie chcą współpracować ze szkołą, potrafią „umilić” życie nauczycielom, ale również innym rodzicom. Problemem jest to, że nie ma kodeksu, który regulowałby pewne zachowania.

Niepisane dotąd zasady i normy społeczne ułatwiające codzienne współżycie trzeba spisać czarno na białym?

– Po latach doświadczeń jestem przekonana, że powinniśmy się nad tym zastanowić, bo przybywa osób, które mają za nic zasady panujące w szkole. Kiedyś oczekiwano przestrzegania pewnych norm społecznych i otoczenie radziło sobie z osobami, które były na nie głuche. Obecnie to już nie działa. W rezultacie social media są pełne prób nastawienia społeczności przeciwko szkole albo wręcz sporów między rodzicami, które eskalują w klasach. Nawet nauczyciel nigdy nie wie, kiedy stanie się obiektem nagonki. Jesteśmy pod coraz większą presją, a wskaźniki stresu nauczycielskiego osiągają w ostatnich latach najwyższe parametry. My też musimy dbać o swój stan emocjonalny. I w tym tkwi największy paradoks.

W czym konkretnie?

– Na nauczyciela można składać liczne skargi. Napisać do wielu instytucji. Natomiast w drugą stronę, jeśli chodzi o zachowania rodziców i uczniów, to już nie działa. My naprawdę nie mamy narzędzi prawnych, którymi moglibyśmy się posłużyć w stosunku do rodzica, jego ataków i roszczeniowości. Mówię o rozwiązaniach systemowych.

Zawsze macie związane ręce?

– Niemal zawsze. Oczywiście, jeśli są pomówienia, możemy dochodzić swoich praw w sądzie z powództwa cywilnego. I to się zdarza. Czasami nauczyciele się na to decydują, szczególnie w przypadkach pomówień i zatargów w relacjach nauczyciel – uczeń. Wtedy uruchamia się wszystkie możliwe procedury, bo ja jako dyrektor jestem też do tego zobowiązana. Ale jak się okazuje, że dana sprawa nie opiera się na prawdzie, to wyciąganie konsekwencji jest utrudnione. To jest tylko wierzchołek góry lodowej, bo na wszystkich płaszczyznach przybywa nam spraw do rozstrzygnięcia. Niestety, system stoi w opozycji do szkolnych sytuacji, a rodzice straszą nas urzędami i skargami. Ja ich nie krytykuję, chcę tylko powiedzieć, że nowe programy, przepisy, ustawy, rozporządzenia nie zawsze są zrozumiałe dla rodziców i co gorsza nie ma systemowych rozwiązań, które działałyby w sytuacji, gdy rodzic z czymś się nie zgadza, na przykład z umieszczaniem niektórych danych ucznia w programie „Sportowe talenty”. Bo to de facto nie jest spór rodzica ze szkołą.

Kierunek: Katastrofa. Dr Joanna Dobkowska: Przyjdzie moment, w którym żadne szkolenia nie pomogą

Jak liczne są spory wynikające z niezgody rodziców na zmiany i nowe regulacje systemowe?

– Jest ich, co na pewno każdy przyzna, bardzo dużo. Szkoły z trudem nadążają, a co dopiero rodzic. On nie zapoznaje się z nowelizacjami, nie czyta nowych podstaw programowych. Nawet gdyby to robił, to okazałoby się, że za jakiś czas mogą być nieaktualne. Kiedy jednak rodzic przeczyta w social mediach jakąś opinię negatywną na temat zmian w edukacji, to zaczyna drążyć i zgłasza do nas pretensje, że my wprowadzamy tę krytykowaną zmianę. Dobrze, jeśli mamy szansę to wyjaśnić. Gorzej, jeśli nie. Trudno się rozmawia z rodzicami, którzy są przekonani, że to szkoła pisze podstawy programowe, a nie eksperci. Tak rodzą się, niestety, konflikty z rodzicami. Najczęściej wynikają one z niezrozumienia mechanizmów i zmian, jakie zachodzą w edukacji.

Od lat znacząco pogarsza się klimat w relacjach szkoła – rodzice. Pani zdaniem powodem są mankamenty systemu będącego w ciągłej zmianie?

– Zmiany, o których mówimy na wywiadówkach, za chwilę okazują się przeszłością, a rodzice nie mają czasu, żeby ślęczeć nad każdym przepisem czy czytać podstawy programowe w kółko od nowa. W rezultacie nikt niczego nie rozumie i tak rodzą się spory i konflikty. A może być tego jeszcze więcej. Wchodzi do szkół tzw. ocena funkcjonalna. Na razie żaden z nauczycieli nie wyobraża sobie, że miałby analizować sytuację rodzinną dziecka. Uważamy, że to nie powinno należeć do kompetencji nauczyciela. Nauczyciele też są tylko ludźmi. Nie mogą obserwować sytuacji dziecka przez 24 godziny na dobę, a potem wrócić do pracy i wypełniać obowiązki sprawnie i bez zadyszki.

82 proc. nauczycieli odczuwa zmęczenie jeszcze przed wyjściem do szkoły – takie są wyniki najnowszych badań przeprowadzonych przez zespół naukowców z Uniwersytetu Warszawskiego na zlecenie ZNP. Czy nauczyciele zwierzają się dyrektorowi ze swojego stanu emocjonalnego?

– Są nauczyciele, którzy przyznają, że jak przychodzą do szkoły, to zastanawiają się: „Co ja tutaj robię?”. Żyją szkołą, ale też mierzą się ze swoimi problemami zdrowotnymi i rodzinnymi. To nie jest zawód jak każdy inny. Trzeba mieć dużo empatii i cierpliwości. Trzeba mieć umiejętność szybkiego dostosowywania się do zmieniającej się sytuacji. Ale to nie powinno być tylko wymogiem, to powinno być podbudowane wsparciem systemowym.

„Kompas Jutra” to reforma długofalowa, a wrzesień to dopiero początek zmian. Czy to będzie zmiana chciana, czy niechciana?

– Konieczna. To będzie z pewnością duży skok. Trzeba będzie przeformułować swoją pracę. Od tego, jak zaczniemy, będzie zależało, jak w kolejnych latach sobie z tym poradzimy. Obawy są jednak spore. Ciężko będzie spiąć kadry i plan lekcyjny. Wejdą do szkół podstawowych przedmioty „zblokowane”. Technika i przyroda. W naszej szkole w dwugodzinnych blokach uczymy też WF. Do tego pojawia się informacja, żeby religię umieścić na pierwszej lub ostatniej lekcji. Może się to okazać niewykonalne. Spora część grona pedagogicznego uczy w różnych szkołach. Spięcie planu będzie większym wyzwaniem.

(…)

Ludzie dobrze piszą o szkole. Aleksandra Dyla: Otrzymujemy również pochwały pod adresem nauczycieli. To coś nowego

Ta granica w decydowaniu, co jest ważne, dobre i słuszne dla dziecka, jest za daleko posunięta?

– Jeśli chodzi o zdrowie seksualne, to dobrze się stało, że każdy decyduje sam za siebie i za swoje dziecko. Jako szkoła mamy o jeden problem mniej. Jeśli chodzi o inne rzeczy, to system kapituluje. Mówię m.in. o frekwencji i obowiązku szkolnym. Nic w tym kierunku nie zrobiono. Obecnie rodzice nawet nie informują nas o swoich planach i wczasach. Po prostu zabierają dzieci. Brak tej podstawowej regulacji podkopuje status szkoły, nauczycieli i dyrektora. Sprawa stała się szczególnie poważna w kontekście ustawy o prawach i obowiązkach ucznia. A co z prawami nauczyciela? Będziemy mieli nad czym myśleć w czasie wakacji.

Stres, przeciążenie, brak wsparcia ze strony systemu, chaos legislacyjny – z tych powodów ogromna grupa nauczycieli nie potrafi jednoznacznie zadeklarować, że zostanie w zawodzie. W Pani w szkole jest podobnie?

– U mnie w szkole też są głosy, że nauczyciele zastanawiają się, co robić dalej. Gros jednak powtarza, że lubi to, co robi, i nie chciałoby zmieniać zawodu. Nie tylko pandemia i kryzys ukraiński pokazały, że nauczyciele są przygotowani i gotowi na zmiany, tylko że te zmiany nie mogą ciągle im odbierać godzin pracy z uczniem. Ukryte koszty edukacji to nie tylko przewlekły stres, praca na rezerwach, erozja czasu prywatnego i zniechęcenie, które widoczne jest nawet u najlepszych. Są też ukryte koszty finansowe, problem, którego od lat nie udało się rozwiązać. Chodzi np. o brak środków na zakup materiałów potrzebnych do doświadczeń. Ostatecznie to my, nauczyciele, sami idziemy do sklepu i kupujemy co trzeba. Budowanie szkoły takiej, jakiej chcą w „Kompasie Jutra”, czyli szkoły przez doświadczanie, będzie wymagało od państwa nakładów finansowych. I to sporych.

Kiedy odejdzie ostatni fizyk… Adam Król: Czuję się jak dinozaur, który ma wkrótce odejść do historii

A co, jeśli nadal nie będzie na materiały potrzebne do eksperymentów?

– To pewnie kupię za swoje albo rada rodziców pomoże. Potrzebne są transparentne zasady przyznawania wsparcia finansowego dla szkół.

Wynagradzania i nagradzania też?

– Jak są pieniądze, to są nagrody dla nauczycieli. Jak nie ma pieniędzy, nie ma nagród. Taka prawda. Z pustego i Salomon nie naleje. Problemów jest więcej, niż się wydaje.

Akademicy z UW uważają, że jeśli system nie przejmie odpowiedzialności za warunki pracy w polskiej szkole, to grożą jej nie tylko braki kadrowe, ale głęboka zapaść wynikająca m.in. z wypalenia zawodowego.

– Zgadzam się z tym.

Dziękuję za rozmowę.

Przedstawiamy skróconą wersję rozmowy opublikowanej w Głosie Nauczycielskim nr 27-28 z 1-8 lipca br. Całość w wydaniu drukowanym i elektronicznym (e.glos.pl)

Fot. Archiwum prywatne