Janusz Harpula: Podkarpacie to ziemia wielu kultur. Historia pozostawiła u nas trwały, często krwawy ślad

Trzy lata temu wpadłem na pomysł zielonej klasy. W szkolnym ogrodzie wybudowaliśmy dużą drewnianą altanę. Mieści się w niej ok. 20 uczniów, są ławki, tablica, nie ma prądu, więc żadnych tabletów i innych nowoczesnych urządzeń. Taki powrót do korzeni. Niektórzy powątpiewali w sens lekcji w zielonej klasie, a teraz wiosną trzeba ją wcześniej rezerwować, bo tylu chętnych chce wyjść z murów. Sama szkoła też się zmienia. W salach i na korytarzach mamy strefy relaksu: sofy, piłkarzyki, stoły do ping-ponga, szachownicę.

Z Januszem Harpulą, nauczycielem języka polskiego i historii, dyrektorem Szkoły Podstawowej im. ks. Franciszka Wosia w Świętoniowej, Nominowanym do tytułu Nauczyciel Roku 2025, rozmawia Halina Drachal

Po dziewięciu latach pracy polonisty i wychowawcy w gimnazjum w Gorliczynie w 2008 r. objął Pan kierowanie ówczesnym Zespołem Szkół w Świętoniowej. Jaką miał Pan wizję prowadzenia tej placówki?

– Szkoła, do której przyszedłem jako dyrektor, była tą, do której sam uczęszczałem. Pracowali w niej nauczyciele, którzy uczyli mnie od pierwszej klasy. Po studiach podjąłem pracę w Gorliczynie, ale gdy przyszła propozycja dyrektorowania w Świętoniowej, zdecydowałem się przystąpić do konkursu. Nie powiem, że było łatwo wejść i próbować coś zmienić w środowisku, z którego się wyszło. To było wyzwanie…

Dość szybko jednak znalazłem grupę nauczycieli, którzy chcieli pójść za moją wizją zmian, chcieli ożywienia, unowocześnienia tej placówki. Myślę, że udało nam się zrealizować wiele z tego, co sobie zaplanowałem.

To już bez mała 18 lat…

– Wrosłem w Świętoniową, to wciąż moje miejsce na ziemi, choć od 10 lat mieszkam w Rzeszowie. Żona jest oligofrenopedagogiem w tamtejszej szkole specjalnej. Któreś z nas musiało dojeżdżać do pracy. Synowie dorastali. Wspólnie podjęliśmy więc decyzję, że to będę ja. I codziennie pokonuję 40 km w jedną stronę. Mam czas na reset, na lektury.

Sporo się Pan przez ten czas nasłuchał audiobooków. Lista polecanych przez Pana lektur na stronie szkoły jest imponująca. Ale wróćmy do początków, jakie były te pierwsze decyzje?

– Jedną z pierwszych było wejście w działania sieci szkół promujących zdrowie. Podobało nam się holistyczne podejście do tematu, szerokie traktowanie zdrowia fizycznego i psychicznego, także kulturowe. Chciałem też postawić na edukację historyczną, na działalność charytatywną, uwrażliwiającą młodych na potrzeby innych ludzi, naukę dzielenia się tym, co mamy.

Ta nasza niewielka Świętoniowa jest położona na styku trzech gmin: Tryńczy, Przeworska i Białobrzegów. Zależało mi, byśmy się czymś wyróżniali na tle innych szkół. Staraliśmy się sprawić, żeby nasza szkoła była w miarę nowoczesna, atrakcyjna. Stąd pomysł na robotykę. Od kiedy się pojawiła, przyciągnęła uczniów. Mamy swoją markę, trendy demograficzne pokazują, że będziemy utrzymywać podobną liczbę uczniów.

Jak się to wszystko udało?

– Miałem różne pomysły, gorzej było z pieniędzmi na ich realizację. Gmina zarządza wieloma szkołami, o dodatkowe środki z tego źródła było trudno, same uzgodnienia trwałyby długo. Zacząłem więc szukać innych możliwości. Wtedy pojawiało się sporo projektów. I to była ta droga. Wpadłem na pomysł, by powołać Stowarzyszenie Przyjaciół Szkoły, które zaczęło takie środki pozyskiwać. Stowarzyszenie działa już 15 lat.

Od początku dyrektorowania moją ideą było doprowadzenie do zbudowania zaplecza sportowego, nie mieliśmy bowiem własnej sali gimnastycznej. Projekty jej budowy były gotowe i mogły stracić ważność, jeśli nic byśmy nie zrobili. Mobilizowaliśmy więc gminę, by wyasygnowała jakieś środki. Najpierw dostaliśmy pieniądze na boisko tartanowe. Zostało otwarte w 2014 r. na 100-lecie szkoły. Nasza szkoła była jedyną w gminie bez imienia. Kilka lat później, dzięki działaniom społeczności lokalnej, otrzymała imię ks. Franciszka Wosia, bardzo zasłużonego dla tej ziemi, oraz sztandar. To było wielkie święto. Ale cały czas z tyłu głowy miałem kwestię budowy sali gimnastycznej. Długo to trwało, udało się pięć lat temu. Wreszcie jest, i to taka z naszych marzeń.

Tych zrealizowanych jest więcej…

– Trzy lata temu wpadłem na pomysł zielonej klasy. W szkolnym ogrodzie wybudowaliśmy dużą drewnianą altanę. Mieści się w niej ok. 20 uczniów, są ławki, tablica, nie ma prądu, więc żadnych tabletów i innych nowoczesnych urządzeń. Taki powrót do korzeni. Niektórzy powątpiewali w sens lekcji w zielonej klasie, a teraz wiosną trzeba ją wcześniej rezerwować, bo tylu chętnych chce wyjść z murów. Sama szkoła też się zmienia. W salach i na korytarzach mamy strefy relaksu: sofy, piłkarzyki, stoły do ping-ponga, szachownicę.

W czym to pomaga?

– Dla mnie jest ważne, by moi uczniowie budowali między sobą relacje. Smartfony okazały się dla nich na tyle atrakcyjne, że w pewnym momencie w ogóle przestali ze sobą rozmawiać, nawet patrzeć na siebie. Każdy miał wzrok utkwiony w ekranie. W trakcie przerw panowała nienaturalna cisza. Coś z tym trzeba było zrobić. Najpierw wymyśliliśmy stolik technologii. Mogli przyjść i skorzystać z telefonów, ale momentalnie robiło się zbiegowisko. Sami ustalili zasady korzystania i sami je łamali. Został więc zlikwidowany. Teraz mogą używać smartfonów tylko za zgodą nauczyciela, przez pozostały czas leżą one w szafce lub w plecaku. Temat telefonów jest na razie zamknięty. I jakoś nie ma protestów. Przy okazji remontu podłogi położyliśmy na posadzce szachowe płytki. Jedni próbują grać w szachy, inni w piłkarzyki czy w ping-ponga. Znów ze sobą rozmawiają…

Często bywam na różnych konferencjach, szkoleniach. Lubię gdzieś coś podpatrzeć. W Centrum Marka Edelmana w Łodzi zobaczyłem prosty namiocik, który można postawić w jakimś kącie korytarza dla uczniów, którzy potrzebują wyciszenia, chwilowej izolacji od tłumu, schowania się. Dzieci mają przeróżne potrzeby, jedni podczas przerw wolą się wybiegać, inni szukają spokoju. W bibliotece mamy kącik ze stolikiem, krzesełkami, pufami, gdzie w ciszy mogą odetchnąć.

Jak udaje się Panu znaleźć czas na to wszystko?

– W ubiegłym roku oddałem swoją klasę ósmą, w której uczyłem języka polskiego. Zrezygnowałem z niego. W tym roku mam tylko historię, WOS i doradztwo zawodowe. Obowiązki dyrektorskie pochłaniają mnóstwo czasu, dość częste są wyjazdy, wtedy lekcje przepadają. Młodzież traci. Nie uczę więc języka polskiego, bo tu jest potrzebna ciągłość, systematyczność nauczania. Łatwiej nadrobić pojedynczą lekcję z historii czy WOS niż z przedmiotu egzaminacyjnego.

Odczarowanie matematyki. Robert Baca, Nominowany do tytułu Nauczyciel Roku 2025: Pokazuję, że to nie jest abstrakcja

Czasy, kiedy nauczyciel był na wsi jednym z najważniejszych autorytetów, bezpowrotnie minęły. Jak dziś ludzie patrzą na ten zawód? Czy umiejętności dydaktyczne wystarczą, by być uznanym za dobrego nauczyciela?

– Moim zdaniem nigdy nie wystarczały i dziś też nie. Owszem, można ukończyć studia przedmiotowe na medal i starać się ze wszystkich sił, a i tak ponieść porażkę, gdy się nie nawiąże specyficznej nici porozumienia z klasą. I tu nie chodzi o żadne kolegowanie się z uczniami…

Co jest ważniejsze – profesjonalizm czy osobowość? A może jeszcze coś innego?

– Przede wszystkim osobowość. Pracując wiele lat, profesjonalizmu można się nauczyć, ale osobowości nauczycielskiej nauczyć się nie da. Albo się ją ma, albo nie. Jeśli ktoś nie czuje „bycia nauczycielem”, może być znakomitym dydaktykiem, profesjonalistą w swojej dziedzinie wiedzy, ale nie będzie wychowawcą, a każdy nauczyciel, wchodząc do klasy, z założenia nim się staje. Musi mieć to coś, co sprawi, że będzie słuchany i szanowany. Nawet największa „piła” będzie lubiana, gdy uczniowie dostrzegą, że jej się chce z nimi być i ma im coś do zaoferowania. A dostrzegą to niemal natychmiast. Ludzi bez pasji szybko skreślą.

Jak zmienia się rola dyrektora szkoły? W sytuacji kiedy rosną oczekiwania i wymagania ze strony społeczności szkolnej, przede wszystkim rodziców…

– Gdy przychodzi do mnie rodzic z jakimś problemem czy z uwagami, zawsze to konfrontuję z drugą stroną, rozmawiam z nauczycielem, słucham wszystkich stron, rozmawiam z dziećmi, dopiero potem zaczynam się zastanawiać, czy nauczyciel popełnił błąd. Nie oszukujmy się, jesteśmy ludźmi, nie powinniśmy, ale możemy popełniać błędy czy powiedzieć coś niewłaściwego… takie sytuacje się zdarzają. Rodzicom wtedy proponuję, by stosowali gradację rozwiązywania problemów własnych dzieci. Najpierw rozmawiać z konkretnym nauczycielem, wyjaśnić sprawę jak dorosły z dorosłym, nie komentując przy dzieciach tego, co usłyszeli. Jeżeli ich zdaniem ta rozmowa nie przyniosła efektu, wtedy udają się do wychowawcy klasy.

Jest jeszcze pani pedagog, którą też można włączyć do rozmowy. Dopiero potem, gdy wciąż uważają, że sprawa nie została załatwiona, przychodzą z nią do dyrektora. A jeśli i on ich rozczaruje, wówczas mają prawo poskarżyć się do kuratorium. Pisanie od razu skarg do kuratorium, powoduje eskalację konfliktu, bez rozwiązania problemu. Zwłaszcza w takim małym środowisku jak nasze…

Wracając do początku pytania. Samorządy coraz częściej oczekują od nas, byśmy bardziej niż pedagogami byli menedżerami. Cenią umiejętności zarządzania zarówno ludźmi, jak i finansami szkoły, by jak najmniej musiały dokładać do szkolnego worka. Z kolei środowisko lokalne chce, by jego szkoła zaistniała medialnie. Cały marketing – profile, strony internetowe, udział w mediach społecznościowych okazują się ważne, bo pokazują im, że ich szkoła się zmienia, reaguje na nowinki. Doceniają, że coraz więcej pojawia się w niej nowoczesnego sprzętu, np. drukarka 3 D, roboty itd.

Do czego wykorzystujecie roboty?

– Naszym atutem jest fakt, że od lat mamy w swoim programie robotykę, że programujemy już od klasy pierwszej. Początkowe działania związane z programowaniem można przeprowadzać na małych robotach, gdzie rysujemy kolorami. Dzieci nabywają w szkole podstawowej przyszłościowych umiejętności. U nas pierwsze roboty Lego pojawiły się już 15 lat temu. Używane były na zajęciach pozalekcyjnych. Potem doszły kolejne i pojawiły się godziny lekcyjne na robotykę i programowanie. Ona jest cały czas obecna. Od trzech lat mamy konkurs wojewódzki budowy i programowania robotów, to do nas przyjeżdżają szkoły z Rzeszowa i okolic.

(…)

MATEUSZ GRUBA i ANETA KOŁTON-JANIGA – Wyróżnieni w Konkursie Nauczyciel Roku 2025

Uczy Pan historii, realizuje wiele projektów historycznych, zwłaszcza poświęconych losom społeczności żydowskiej. Co Pan chce dzięki temu osiągnąć? Dziś bycie tolerancyjnym, otwartym na innych przestaje być narracją dominującą.

– Spotkałem się z pytaniami, dlaczego uczę o Żydach. Ja właściwie nie uczę o Żydach, tylko o historii Polski, o tym, co się działo, że do naszej szkoły przed II wojną światową chodziły dzieci, które modliły się w synagodze w Przeworsku, ale i te, które modliły się w cerkwi i w kościele katolickim. A wielu z nas dziś żyje tak, jakby ich tutaj nigdy nie było. Podkarpacie to ziemia wielu kultur. Historia pozostawiła u nas trwały, często krwawy ślad. Wspaniale mówił kilka lat temu Marian Turski, że jeśli o tym zapomnimy, to ani się obejrzymy, a jakiś kolejny Auschwitz na nas spadnie. Jeśli będziemy pozwalać na dyskryminację, na izolowanie ze względu na czyjąś inność, hodować nienawiść i strach przed obcym, to możemy obudzić stare demony. Próbuję młodym ludziom uświadamiać te zagrożenia, jeździmy do byłych nazistowskich obozów koncentracyjnych i zagłady: Sobiboru, Bełżca, Majdanka, do Auschwitz, ale też do synagogi w Łańcucie, do Fabryki Oscara Schindlera w Krakowie, realizujemy wiele projektów historycznych.

Jak dziś uczyć mądrego patriotyzmu?

– Pokazując, jak kiedyś było, co działo się także w tym miejscu. Niedaleko od nas mamy Markową z historią rodziny Ulmów. Ale okoliczne lasy pełne są wspomnień o tragicznych wydarzeniach z lat 1945-1946, kiedy okradano i mordowano swoich sąsiadów powracających z niewoli w Niemczech. Jeśli nie będziemy umieli przeciwstawiać się złu, mowie nienawiści, hejtowi, to nikt nie zagwarantuje, że historia się nie powtórzy.

 W szkolnym ogrodzie mamy drzewo pamięci i kamień, na którym zostały wyryte nazwiska żydowskich uczennic i uczniów naszej szkoły. Nie słyszałem ani jednego głosu sprzeciwu. Co roku w tym miejscu świętujemy rocznicę powstania w getcie warszawskim, przypinając żółte żonkile, świętujemy też w styczniu rocznicę wyzwolenia obozu Auschwitz-Birkenau.

Poza projektami historycznymi realizuje Pan wiele projektów społecznych na rzecz uczniów, społeczności lokalnej, ale także wspomaga rodziny i szkoły, dawniej w Rosji, obecnie w Ukrainie. Czy zauważacie zmianę postaw młodych ludzi, którzy wchodzą w te projekty?

– Jedną z pierwszych moich decyzji w 2008 r. było założenie szkolnego koła Caritas. Pomaganie dla mnie było zawsze ważne, ono nie ma barw politycznych ani światopoglądu. Kto chce, działa w Caritas, ktoś inny na rzecz Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy, kto chce, może wspierać program salezjański adopcji na odległość. Mamy działania stałe i wynikające z doraźnych potrzeb. Nie tylko dzieci się w te akcje angażują, wspierają je także rodzice, nasi absolwenci stworzyli drużyny siatkarskie i rozgrywając turniej absolwentów, zbierają środki na cel charytatywny

Jak pogodzić te różne aktywności z życiem rodzinnym, byciem ojcem trzech chłopców?

– Jakoś to godzimy razem z żoną, która także musi przygotowywać się do zajęć w domu. Nie powiem, że zawsze jest łatwo. Staram się zachować równowagę między życiem zawodowym i rodziną. Dla mnie rola ojca jest najważniejsza. Chodzę na zebrania do szkół moich synów, czasem oni jeżdżą ze mną do Świętoniowej, najstarszy lubi pograć w koszykówkę, najmłodszy asystować w zajęciach z pierwszej pomocy. Wiedzą, że ojciec jest dyrektorem i nie zawsze może im poświęcić tyle czasu, ile by chcieli. Modelując swoją szkołę, mam cały czas z tyłu głowy ich obraz. Zawsze marzyłem o stworzeniu takiej szkoły, do której chciałbym, by chodziły moje własne dzieci.

Chyba się Panu udało, bo absolwenci i rodzice piszą o Panu jako o niezapomnianym liderze pełnym pasji, zaangażowania, otwartym na potrzeby społeczności szkolnej i lokalnej, łączącym wymagania z empatią i twórczym podejściem do edukacji. Piszą, że pozostawił Pan w nich trwały, pozytywny ślad. Czym to dla Pana jest?

– Dowodem, że moja praca ma sens, jest doceniana. Spotykam się z pozytywną reakcją rodziców, gdy się do nich o coś zwracam. Robiliśmy np. wspólnie ze Stowarzyszeniem Przyjaciół Szkoły wielkie pikniki dla okolicznych mieszkańców, na które zapraszaliśmy strażaków, były motolotnie, turnieje itp. Trochę teraz ten nasz entuzjazm opadł. Jesteśmy coraz starsi, przydałoby się więcej młodych w stowarzyszeniu. No i z tym jest pewien problem, choć nadzieja nie znika, bo młodzi ludzie po szkołach wracają na Podkarpacie, osiedlają się w okolicy. Nasze przedszkole jest pełne.

Dziękuję za rozmowę

To jest skrócona wersja wywiadu opublikowanego w Głosie Nauczycielskim nr 7-8 z 18-25 lutego 2026 r. Całość – w Głosie Nauczycielskim (wydanie drukowane i elektroniczne)

Fot. Archiwum prywatne / studio GN

Nr 7-8/18-25 lutego 2026