Maria Olga Sycz, dyrektor Zespołu Szkół z Ukraińskim Językiem Nauczania: Ojcowie naszych uczniów poszli na wojnę

Złożyłam wniosek do kuratora oświaty, by umożliwić  uczniom, którzy znaleźli się w Polsce w wyniku wojny i zostali włączeni w edukację, zaliczenie bieżącego roku szkolnego. Ukraińskim maturzystom też można spróbować pomóc, np. poprzez sprowadzenie do Polski ukraińskich arkuszy egzaminacyjnych. W naszej szkole moglibyśmy taki egzamin przeprowadzić.

Z Marią Olgą Sycz, dyrektor Zespołu Szkół z Ukraińskim Językiem Nauczania w Górowie Iławeckim, rozmawia Katarzyna Piotrowiak

Szacuje się, że w ciągu zaledwie kilkunastu dni z Ukrainy do Polski przybyło ponad pół miliona dzieci. Ile dotarło do Waszej szkoły?

– Nasz zespół, składający się ze szkoły podstawowej i liceum ogólnokształcącego, jest placówką dla mniejszości ukraińskiej. Od wielu lat przyjmujemy również dzieci migrantów ukraińskich, którzy przybyli tutaj pracować. W momencie wybuchu wojny wielu naszych uczniów znalazło się w trudnej sytuacji. Ich ojcowie, często również matki, pozostali w Ukrainie, by bronić ojczyzny przed najeźdźcą.

Od pierwszego dnia tej wojny trauma jest straszna. Dlatego nie ustajemy w pomocy. Przyjmujemy do nas matki z bardzo małymi dziećmi, ale też uczniów prosto z granicy polsko-ukraińskiej, którzy pozostają bez opieki. Ponadto zabieramy też do siebie osierocone dzieci.

W ciągu kilkunastu dni liczba naszych podopiecznych z Ukrainy powiększyła się z 80 do ok. 150. Ile będę mogła, tyle dzieci przyjmę. Myślę, że uda nam się znaleźć miejsce dla około 200 dzieci.

Każdego dnia ginie mnóstwo cywilów – dzieci, kobiet, osób starszych, giną także żołnierze. Powstała masa poradników, jak rozmawiać o wojnie, a jak Wy sobie z tym radzicie?

– Mamy lepszą sytuację niż inne szkoły. Gdy dziecko z Ukrainy trafi do nas, to tak jakby znalazło się u swoich. Tu są pedagodzy, którzy rozmawiają z nim w języku ukraińskim, jest zapewniona opieka specjalistyczna. Można powiedzieć, że nasz personel pedagogiczny i szkolny oraz z internatu jest dla dziecka jak rodzina zastępcza.

Ciągle jednak potrzebujemy psychologów. Przydałoby się, żeby z dziećmi pracowało minimum dwóch dziennie, niestety, na chwilę obecną tylko jeden psycholog dojeżdża do nas z poradni psychologiczno-pedagogicznej w Bartoszycach.

Już słyszymy, że może być z tym kłopot, bo poradnia też ma ogromne potrzeby. Zgłaszają się terapeuci, ale tylko na soboty. Tymczasem nam potrzeba stałej opieki psychologicznej. Dlatego wszyscy jesteśmy zaangażowani w pomoc całodobowo. U nas dzieci z dnia na dzień tracą swoich najbliższych.

Dowiadują się o w tym w szkole?

– Oczywiście, bo mają kontakt z rodzinami. Jedna z matek przywiozła swoją córkę, miała wracać do Kijowa, do rodziny. Kiedy dowiedziała się, że jej przyjaciółka tam zginęła, pojechała na granicę polsko-ukraińską odebrać dzieci przyjaciółki od ich ojca. On walczy, nie może się nimi zająć. Teraz kobieta sama zajmuje się piątką dzieci. Takich tragicznych historii jest wiele. One pokazują ogrom tej strasznej wojny. Nasze dzieci nigdy nie wiedzą, co przyniesie dzień, co dzieje się z ich rodzinami. Niektóre z nich już wojnę widziały. Kiedy do nas przyjeżdżają, mają w oczach coś, czego nie da się nawet   opisać… One nie umieją się już śmiać… A my…

Co z Wami?

– Nasza wytrzymałość też jest stale poddawana próbom. Próbujemy sobie jakoś radzić ze swoimi emocjami, ale na własną rękę, dlatego wkrótce odbędzie się szkolenie rady pedagogicznej. Znalazłam już terapeutę, zrobi nam ankiety, porozmawia z nami. Musimy nauczyć się, jak sobie radzić z różnymi emocjami. Jedne dzieci mówią mniej, inne więcej. Opowiadają, jak ich krewni ginęli, że część z nich pozostała w piwnicach, że babcia i dziadek nie chcieli jechać, bo może lepiej będzie pilnować resztek dobytku. Co dziecko – to inna tragedia. Staramy się je wspierać, najlepiej jak potrafimy.

(…)

Co ma zrobić osoba, która chce Was wesprzeć? Dzwonić, pisać, wpłacać?

– Najlepiej dzwonić i pytać. Nasze potrzeby zmieniają się nawet częściej niż z dnia na dzień. W tej chwili najbardziej potrzebujemy przyborów szkolnych, kapci, bielizny osobistej. Za chwilę będziemy potrzebowali dresów itp. Podopiecznych mamy w wieku od siedmiu do 19 lat, czyli od edukacji wczesnoszkolnej do matury. Do tego wspieramy też matki, które są pod naszą częściową opieką. Kwaterujemy je w domach, które dobrzy ludzie zaoferowali, i często ci sami dobrzy ludzie też dostarczają im żywność. Tych kobiet jest ponad 20. Dzieci jedzą w szkolnej stołówce. Mamy wiele ludzi i problemów.

W Polsce nie brakuje chętnych do pomocy. Ale co będzie, kiedy skończy się ten pierwszy etap wsparcia? Jakie będą potrzeby za miesiąc, dwa?

– Myślę o tym bez przerwy. Dlatego jak najwięcej miejsc staramy się trzymać dla sierot, dzieci, które nie mają nikogo i będą u nas pod opieką długie miesiące i lata. Potem będziemy myśleć o ich przyszłości, może o rodzinie zastępczej. Problem jest bardzo poważny i istnieje wiele zagrożeń.

Tak czy inaczej nastawiamy się głównie na opiekę długofalową. A co to oznacza dla szkoły? Ustalenie źródeł finansowania, w tym niezbędnego minimum na zabezpieczenie wyżywienia i zakwaterowania.

Wiele mówi się o oddziałach przygotowawczych. W szkole, w której obowiązuje język ukraiński, można z takiego rozwiązania zrezygnować?

– Tak. U nas wszyscy się rozumieją, dlatego od razu włączamy dzieci do klasy, w proces edukacyjny.

Chcę jednak podkreślić, że oddziały przygotowawcze w szkołach polskich to dobre rozwiązanie. Przy ich tworzeniu najważniejsze jest zapewnienie pomocy psychologicznej i nauki języka polskiego.

Mówię o tym, bo mam wiele telefonów od dyrektorów szkół z całego kraju. Trzeba pamiętać, że dzieci ukraińskie nie umieją ani pisać, ani czytać po polsku. Ukraiński alfabet jest inny niż polski. Dlatego te lekcje są ważne. Brak znajomości języka powoduje frustrację i dodatkowe problemy. Ważne jest też, aby przez pierwsze dwa – trzy miesiące zapewnić dziecku spokój i czas na przystosowanie się do nowej rzeczywistości.

Ale teraz sytuacja jest inna?

– Właśnie. Stres wywołany wojną negatywnie wpływa na dzieci, w tym również na ich funkcjonowanie w szkole, potrzebują więcej czasu na zaaklimatyzowanie się i integrację.

Złożyłam wniosek do kuratora oświaty, by umożliwić  uczniom, którzy znaleźli się w Polsce w wyniku wojny i zostali włączeni w edukację, zaliczenie bieżącego roku szkolnego.

Ukraińskim maturzystom też można spróbować pomóc, np. poprzez sprowadzenie do Polski ukraińskich arkuszy egzaminacyjnych. W naszej szkole moglibyśmy taki egzamin przeprowadzić.

Proponuje Pani, żeby zrobić im ukraińską maturę w Polsce?

– Ich egzamin zewnętrzny – attestat zrełosti – odbywa się po XI klasie. Można spróbować się tego podjąć, tylko trzeba jak najszybciej rozpocząć nad tym prace. Szkoda, żeby zmarnowali rok. Różnice programowe między naszymi systemami edukacyjnymi są duże. Nawet jeśli chodzi o szkołę podstawową, którą oni kończą szybciej. Nie ma również równoległego przełożenia klasowo-programowego. Trzeba być ostrożnym.

Pochodzi Pani z Ukrainy? Ma tam rodzinę?

– Moja rodzina i rodzina mojego męża to potomkowie przesiedleńców z Akcji Wisła z 1947 r. Urodziliśmy się na Warmii i Mazurach. Tu zainicjowaliśmy powstanie szkoły z ukraińskim językiem nauczania. Wypracowaliśmy wysoki poziom nauczania.

Nasza szkoła jest wielokulturowa i wielonarodowa. Obecnie uczy się w niej  ok. 250 uczniów, w większości są to z dzieci z rodzin mieszanych, polsko-ukraińskich.

Głównym celem jest podtrzymywanie świadomości własnego dziedzictwa narodowego, m.in. poprzez działalność Zespołu Pieśni i Tańca „Dumka”. Szkołą kieruję od 10 lat, wcześniej byłam kierownikiem internatu oraz kierownikiem „Dumki”. Z wykształcenia jestem pedagogiem… Przepraszam, muszę kończyć. Właśnie będę kwaterować matkę z trójką dzieci.

Dziękuję za rozmowę.

Przedstawiamy fragmenty wywiadu opublikowanego w GN nr 11 z 16 marca br. Całość w wydaniu drukowanym i elektronicznym – https://e.glos.pl 

Fot. Archiwum prywatne

Nr 11/16 marca 2022