Marcin Konrad Jaroszewski: Wierzę, że nie przekroczyliśmy jeszcze rubikonu i szkoły wrócą na właściwe tory

Problemem są braki kadrowe w szkołach. Ja szukałem pięciu nauczycieli i szczęśliwie znalazłem. Wśród nich nie było matematyków czy fizyków, więc poszło w miarę łatwo. Zatrudniłem polonistę, geografa, anglistę, nauczyciela języka włoskiego i wychowania fizycznego. Kłopot polega na tym, że nauczyciele coraz częściej patrzą w stronę innych branż. Stały się dla nich o wiele atrakcyjniejsze pod względem pieniędzy i możliwości.

Z Marcinem Konradem Jaroszewskim, dyrektorem XXX Liceum Ogólnokształcącego im. Jana Śniadeckiego w Warszawie, rozmawia Katarzyna Piotrowiak

Angażuje się Pan w bieżące sprawy społeczne i polityczne, broni, różnych grup i środowisk. Stawał Pan w obronie uczestniczek Strajku Kobiet, osób LGBT+. Dyrektorowi szkoły jest trudno mówić publicznie, co myśli?

– Tak trzeba. Nie mogę milczeć, kiedy z ławek rządowych, i nie tylko, wylewa się homofobia. Moja szkoła jest otwarta dla wszystkich, mam w niej osoby LGBT+ i one wiedzą, że są u nas bezpieczne. Wiedzą, że mają zapewnioną pomoc, jeśli takiej będą potrzebować. Nasza szkoła nie jest obojętna na wykluczanych i wskazywanych palcem. Obecnie mamy temat uchodźców i jest wiele obrzydliwych wypowiedzi o nich. Sprzeciwiam się temu, ale przecież nie prowadzę z nikim wojny. Ja tylko reaguję. Kiedy broniłem uczniów i uczennic biorących udział w Strajku Kobiet, starałem się uzmysłowić, m.in. pani kurator mazowieckiej, że uczniowie też mają prawo się wypowiadać.

Nie miał Pan obaw, że w ten sposób znajdzie się Pan na celowniku władzy?

– Nie, mnie nie da się zastraszyć, ale jeśli pan minister miałby na mnie skupić całą swoją uwagę i dzięki temu zostawić w spokoju resztę dyrektorów szkół, żeby mogli normalnie pracować… to proszę bardzo.

Przewrotna odpowiedź.

– Tak, ale my, dyrektorzy szkół, na co dzień i tak mamy masę problemów. Prowadzenie szkoły w czasie pandemii jest niezwykle trudne. Wszyscy wiemy, jak na uczniów wpłynęło zdalne nauczanie, jakie są jego skutki. Trzeba zrobić wszystko, by nie dopuścić do kolejnego lockdownu, dlatego jak najwięcej ludzi musi zostać zaszczepionych. Minister edukacji i nauki jest w dobrym humorze, mówi, że lekcje w nowym roku szkolnym będą stacjonarne, ale przecież wiemy, że czwartej fali nie ominiemy. Beztroska panuje w rządzie, prawie nie zachęca się do szczepień. Cieszę się tylko z jednego: że w miarę wcześnie MEiN zajął się wytycznymi na nowy rok szkolny. Chcę tylko powiedzieć, że kolejne zamknięcie szkół będzie niewybaczalne w sytuacji, gdy na rynku jest szczepionka. We wrześniu 2020 r. jej nie mieliśmy. Tym razem nie da się tego usprawiedliwić.

Pan będzie zachęcał swoich uczniów do szczepień?

– Bezdyskusyjnie będę od września zachęcał do szczepień. A co do szkolnych punktów szczepień, które my, dyrektorzy, możemy uruchamiać, to oczywiście każdy pomysł mający zwiększyć wyszczepialność jest dobry. Diabeł jednak tkwi w szczegółach, a sama ulotka MEiN w tej sprawie nie wyjaśnia wszystkiego. Nie każda szkoła będzie mogła wyznaczyć osobne toalety i miejsce na punkt szczepień. Nie każda będzie mogła zawieszać lekcje, żeby nauczyciel mógł towarzyszyć uczniowi podczas szczepienia. Zresztą przecież szkoła nie musi być punktem szczepień, skoro inne punkty, już istniejące, stoją puste. To nie jedyna kwestia, która wzbudza irytację. Kolejna dotyczy liczby zaszczepionych uczniów. Taka informacja jest dla mnie jako dyrektora bardzo ważna, ale nie wiem i nawet nie mam jak się tego dowiedzieć, ilu z nich przyjęło szczepionkę. Nie mam dostępu do takich danych. Liczę, że rodzice będą mnie informować. Mam 700 uczniów w szkole, więc taka informacja byłaby informacją strategiczną, pozwoliłaby realnie ocenić zagrożenie związane z zakażeniami w szkole i koniecznością przejścia na zdalne nauczanie. Jeśli będę miał 400-500 uczniów zaszczepionych, to jest to dla mnie informacja, że jesteśmy w miarę bezpieczni, a przy setce… Nie potrzebuję nazwisk, tylko liczb.

Sądzi Pan, że uczniowie lub rodzice udzielą Panu takiej informacji?

– Nie mam prawa jej żądać. Mogę tylko zapytać, a uczeń lub rodzic nie muszą odpowiadać. Zakładam jednak, że zaszczepieni nie będą robili z tego tajemnicy.

W związku ze szczepieniami nasuwa się kolejne pytanie. A co, jeśli rodzice uczniów zaszczepionych powiedzą np., że ich dzieci nie muszą nosić masek w częściach wspólnych, albo co gorsza usłyszy Pan kategoryczne „nie”?

– Nie mogą się nie zgodzić. Sprzeciwianie się obostrzeniom ministerialnym czy szkolnym, które mają nas uchronić od nauki zdalnej, jest niedopuszczalne. Taki opór jest szkodliwy. Póki co nie ma formalnych rozwiązań prawnych, które pozwalałyby zaszczepionym nie nosić masek w pomieszczeniach zamkniętych. Przepis rozporządzenia pozwala mi taki nakaz wprowadzić i to zrobiłem. Maski obowiązują w częściach wspólnych. To jest moja decyzja. Nie mogę wprowadzać żadnej segregacji w tym względzie. Tu problemów raczej się nie spodziewam.

A gdzie Pan się ich spodziewa?

– Problemem są braki kadrowe w szkołach. Ja szukałem pięciu nauczycieli i szczęśliwie znalazłem. Wśród nich nie było matematyków czy fizyków, więc poszło w miarę łatwo. Zatrudniłem polonistę, geografa, anglistę, nauczyciela języka włoskiego i wychowania fizycznego. Kłopot polega na tym, że nauczyciele coraz częściej patrzą w stronę innych branż. Stały się dla nich o wiele atrakcyjniejsze pod względem pieniędzy i możliwości. Do tego ta atmosfera wokół pracy w szkole. Ten specyficzny sposób zarządzania uprawiany przez pana ministra Czarnka przenosi się na kuratorów oświaty, a z nich na dyrektorów i tak dalej. To nam nie służy. Wzbudza niepokój i niepewność jutra.

Pan już odczuł ten „specyficzny sposób zarządzania”?

–  Na własnej skórze odczułem. Mam na myśli groźbę wszczęcia postępowania dyscyplinarnego w związku z jedną z moich wypowiedzi. Inni dyrektorzy na pewno też odczuwają naciski ze strony kuratoriów czy MEiN. Wielu o tym po prostu nie mówi. Nie chcą prowokować kontroli kuratoryjnych. Mnie się zastraszyć nie da, ja się nie boję, ale mam sygnały od innych kolegów i koleżanek, że postępowań dyscyplinarnych zaczęło przybywać. Dlatego tak martwi lex Czarnek. Ewidentnie minister chce nas wziąć pod but, mieć szkołę, gdzie łatwiej będzie można odwołać dyrektora, postawić mu zarzuty. Temu to ma służyć, wszystkie wypowiedzi ministra na to wskazują. Ten styl wypowiedzi, ta kategoryczność. Z drugiej strony minister nie może uczniom zabronić interesować się np. orientacją seksualną. Dziwię się, że tego nie wie. To, co jest ważne dla mnie jako dyrektora: same słowa ministra to za mało, ja działam na podstawie przepisów. Dyrektor szkoły jest w prawie oświatowym autonomiczny. Wszyscy powinniśmy mieć tego świadomość. Mówię to, bo w ostatnim czasie przekonujemy się, że słowa czasami wystarczą, żeby zastraszyć.

Ilu ministrów Pan przeżył?

– Czterech, w tym trzech ministrów obecnej opcji politycznej. Nie wszystko krytykowałem. Zdarzyło mi się wiosną 2020 r. pochwalić ministra Piontkowskiego za rozporządzania covidowe. Uważam, że dawały mi pewną elastyczność. To mi się w nich podobało. Niestety, to, co dzieje się obecnie, przebija wszystko, co przeżyłem. Próba scentralizowania i całkowitego podporządkowania szkół MEiN oraz próba narzucenia nam władzy absolutnej, przejęcie decyzyjności, są bardzo niebezpieczne. Dociskanie przyspieszyło.

(…)

Dziękuję za rozmowę.

Przedstawiamy fragment wywiadu opublikowanego w GN nr 35 z 1 września br. Całość – w wydaniu papierowym i elektronicznym (ewydanie.glos.pl)

Fot. Archiwum prywatne