Nauczyciele w ciągłym kryzysie. Dr hab. Michał Bilewicz: Plany obliczone tylko na jedną kadencję destabilizują edukację

Nauczyciele są w długotrwałym kryzysie. Bo przecież są w szkole procesy, które dzieją się równolegle do tych stricte politycznych zawirowań, o których mówimy. Zaliczyłbym do nich rosnące obciążenie nauczycieli formalnościami i biurokracją, zastępstwami wynikającymi z wakatów, koniecznością rozwiązywania problemów uczniów i rodziców itd. Liczba i kaliber tych spraw ciągle rośnie. Jest dużo obciążeń, które wynikają z tego, jak zmienia się nasz sposób myślenia o roli nauczycieli, a jednocześnie tego, że w społeczeństwie zaczyna się zmieniać obraz szkoły.

Na zdjęciu: Michał Bilewicz odbiera wyróżnienie za książkę „Traumaland” podczas gali Konkursu im. Tadeusza Kotarbińskiego (Łódź, 30 listopada 2025 r.) Fot. Maciej Andrzejewski / CKM UniLodz

Z dr. hab. Michałem Bilewiczem, psychologiem społecznym, socjologiem, kierownikiem Centrum Badań nad Uprzedzeniami w Uniwersytecie Warszawskim, rozmawia Katarzyna Piotrowiak

Czy trwające wiele lat ataki na środowisko nauczycielskie mogły pozostawić trwały ślad? Czy jest tak, że nagromadzone przez długi czas trudne emocje trzeba będzie oswajać latami? To pytanie o kondycję psychiczną nauczycieli, którzy od dawna żyją w permanentnym kryzysie.

– Na pewno jest tak, że kiedy jakaś grupa przez dłuższy czas jest ofiarą hejtu i staje się ofiarą zorganizowanej nagonki ze strony polityków, mediów, władzy, to może to prowadzić do trwałego pogorszenia dobrostanu, wypalenia, spadku zaufania, a nawet wpadania w stan, w którym przestajemy oczekiwać czegokolwiek dobrego po polityce, po rządzących. To są konsekwencje obserwowane wśród osób, grup i środowisk, które często i systemowo doświadczały hejtu. Podobnie może być z nauczycielami.

Okres rządów Przemysława Czarnka (lata 2021-2023 – red.) odcisnął się na nauczycielach silnym piętnem. Wcześniej też nie było lepiej. Pamiętamy 2019 r. i strajk. Ogromną mobilizację środowiska nauczycielskiego w czasie protestu, który został po prostu zignorowany i przeczekany przez władzę polityczną tylko po to, żeby upokorzyć całe środowisko.

Takie rzeczy się pamięta, zwłaszcza że postulaty nauczycielskie nie zostały wówczas spełnione. To powoduje, że bardzo trudno jest odbudować tak ważne poczucie sprawczości zbiorowej, w której czujemy, że od nas coś może zależeć, że politycy mogą odpowiedzieć na nasze żądania i oczekiwania. I to jest silny proces oddolny.

„My, nauczyciele, jesteśmy w traumie” – słyszymy to od dawna. Czy to jest trauma, czy również coś innego?

– Ja bym powiedział, że nauczyciele są w długotrwałym kryzysie. Bo przecież są w szkole procesy, które dzieją się równolegle do tych stricte politycznych zawirowań, o których mówimy. Zaliczyłbym do nich rosnące obciążenie nauczycieli formalnościami i biurokracją, zastępstwami wynikającymi z wakatów, koniecznością rozwiązywania problemów uczniów i rodziców itd. Liczba i kaliber tych spraw ciągle rośnie. Jest dużo obciążeń, które wynikają z tego, jak zmienia się nasz sposób myślenia o roli nauczycieli, a jednocześnie tego, że w społeczeństwie zaczyna się zmieniać obraz szkoły. Szkoły jako miejsca, które zastąpi rodziców w wielu sprawach.

Kiedy ten schemat myślenia, że szkoła ma nie tylko uczyć, ale też wychowywać, opiekować się, wskazywać przyszłość i rozwiązywać problemy za rodziców, zaczął się utrwalać w społeczeństwie?

– W powszechnym rozumieniu jest to proces, który się dość mocno nasilił w czasie pandemii, kiedy uświadomiono sobie, że nie tylko szkoła może działać w formie zdalnej. Dużo funkcji zaczęło wówczas zanikać, zaczęła się ogromna popularność uczenia dystansowego, szkół „w chmurze” i różnych innych wynalazków, które stają się coraz bardziej powszechne.

Ten rodzaj prywatyzacji wpłynął bez wątpienia na klimat, jaki mamy w edukacji. Pandemia spowodowała też, że ludzie oswoili się z wieloma lepszymi lub gorszymi rozwiązaniami. Coraz więcej ludzi pracuje zdalnie, w domu, więc ta część procesu wychowania dzieci również się zmieniła.

Od pandemii potroiła się liczba dzieci w tzw. edukacji domowej – dziś to już prawie 60 tys. uczniów, którzy pozbawieni są podstawowego doświadczenia kontaktu z rówieśnikami, budowania relacji społecznych.

Okołopandemiczne zmiany w postrzeganiu roli szkoły, stosunek ówczesnej koalicji rządzącej do nauczycieli, niskie pensje, zła prasa i hejt – wszystko to wpłynęło na kondycję tej grupy zawodowej do tego stopnia, że obecnie trudno jej uwierzyć, że to się skończyło i może być lepiej?

– Są dwa źródła tego stanu rzeczy. Jedno to epoka PiS-u, która zaczęła się już za Anny Zalewskiej (w 2015 r. – red.), kiedy zawód nauczyciela deprecjonowano przy każdej okazji, traktowano wręcz pogardliwie, a ponieważ te wartości, które podważano, są bliskie bardzo wielu nauczycielom, wpłynęło to na tę grupę zawodową destrukcyjnie i spowodowało poczucie permanentnego kryzysu. Napuszczając i stosując hejt, próbowano nastawiać przeciw nauczycielom rodziców, a nawet całe społeczeństwo.

Jakie jest drugie źródło tego kryzysu?

– To zmiana, która wiąże się z pandemią i prywatyzacją edukacji w Polsce. Postrzeganiem publicznej szkoły jako czegoś anachronicznego, nieodpowiadającego wymogom naszych czasów, czegoś, co może, a nawet musi być inne, lepsze. Najgorsze jest to, że zaczęto uznawać, iż w sektorze prywatnym musi być lepiej niż w publicznym. Te oczekiwania społeczne, słuszne czy nie, muszą się odbijać na nauczycielach i ich ogólnej samoocenie.

Prestiż zawodu nauczyciela powoli, choć systematycznie, spada. W latach 90. nauczyciel był – obok lekarza – jednym z dwóch najbardziej prestiżowych zawodów. W ostatnich badaniach nie mieścił się już nawet w pierwszej dziesiątce. I co najważniejsze, to wpływa na naszą samoocenę, sprawczość, gotowość do działania, podejmowania inicjatyw.

Dlatego narasta rozczarowanie nauczycieli do decydentów na różnych szczeblach, i to niezależnie od barw politycznych?

– Problem jest bardziej złożony. Teraźniejszość zaczyna nieco przypominać to, co już było. Znowu jest pośpiech przy planowaniu zmian w edukacji. Powstały nowe przedmioty – edukacja obywatelska, zdrowotna, wdrażane są nowe podstawy programowe, ma się zmienić formuła egzaminów… Dużo zmian naraz. Nic dziwnego, że wiele z nich zostało oprotestowanych przez różne środowiska nauczycielskie. Nawet przy okazji sensownych, choć logistycznie trudnych zmian, jak przeniesienie religii obowiązkowo na pierwszą lub ostatnią godzinę lekcyjną, pozostawiono wrażenie, że te zmiany są narzucone szkołom.

A przecież można było spokojnie wyjaśnić dyrektorom i nauczycielom, jak to jest ważne dla uczniów nieuczęszczających na religię i ich rodziców. Kiedy zmiany wprowadza się szybko, brakuje czasu na odpowiednią komunikację.

Zawód: nauczyciel. Monika Derwisz: Jak starsze pokolenia nauczycieli będą odchodzić, to kto pozostanie?

Ostatnio mieliśmy wysyp legislacyjny, w tym nowelizację KN, ważne i konieczne regulacje dotyczące m.in. godzin ponadwymiarowych, tzw. godzin czarnkowych. Nauczyciele zgodnie jednak twierdzili, że wszystko to za długo trwa, mówili wręcz o opieszałości. „Cieszymy się z decyzji, jakie zapadły w tej sprawie w Sejmie, ale… uwierzymy jak zobaczymy. Nasze środowisko zawiodło się nieraz i staliśmy się nieufni”, „Staliśmy się niedowiarkami” – mówią wprost nauczyciele, z którymi rozmawiamy na łamach Głosu.

– Zdaję sobie sprawę, że nadal bardzo trudno jest zaufać władzy, zwłaszcza że te zmiany powinny być wprowadzane w sposób spokojny i mieć długofalową perspektywę, dłuższą niż obliczona na konkretną kadencję. W związku z tym nie ma zbyt wiele czasu na konsultacje społeczne. Wystarczy popatrzeć, jak wyglądają prace nad nowymi podstawami programowymi. Są prowadzone w zawrotnym tempie, co widać po rezultatach pracy Instytutu Badań Edukacyjnych i tego, jak wygląda potem tryb konsultowania tych zmian ze środowiskiem.

To tempo jest jak zwykle podyktowane kalendarzem wyborczym i tym, że każdy rząd chce się potem pochwalić zmianami, które wprowadził. Taki system absolutnie nie sprzyja jakości, na domiar złego wpływa na poczucie nauczycieli, że tracą nad tym wszystkim kontrolę, i w efekcie oceniają te zmiany negatywnie.

Zniechęcenie wynika z poczucia braku wpływu na zmiany?

– Trudno jest mieć na coś wpływ, kiedy to się dzieje w szybkim tempie. Winne jest upolitycznienie polskiej oświaty, to, że każdy kolejny gabinet realizuje własną wizję. W edukacji od dekad brakuje ciągłości programów nauczania, za to każdy następny rząd ma swoje oczekiwania wobec nauczycieli i próbuje wywrócić do góry nogami obecne sposoby nauczania, nie tylko historii czy edukacji obywatelskiej. Powstają plany, które są obliczone na jedną kadencję. Destabilizują oświatę. I to jest bardzo smutne.

Płace! Płace, płace i jeszcze raz płace! Co nas najbardziej rozczarowało w 2025 r.? Lekcja do odrobienia dla rządzących!

W jakim stanie jest edukacja doświadczająca tych nieustannych zmian?

– Mamy w Polsce nieciągłość edukacji, bo przy każdej zmianie gabinetowej dochodzi do zerwania ciągłości. Oczywiście cieszy, kiedy to jest zmiana w stronę, która jest mi bliższa, ale na dobrą sprawę schemat pozostaje ten sam. Bo te zerwania są przede wszystkim gwałtowne. Popatrzmy na to, co stało się z HiT-em. Był i go nie ma. Dobra polityka jest wtedy, kiedy, wdrażając jakieś zmiany czy nową legislację, patrzymy na jej efekty w szkole, jak szkoła na to reagowała, jakie są konkretne efekty kształcenia. Dopiero później zmieniamy to w jedną lub drugą stronę.

Tymczasem od dekad każdy kolejny gabinet przychodzi z gotowym pakietem pomysłów, a zmęczeni tym wszystkim nauczyciele nie chcą już słyszeć o kolejnych reformach, mimo że widzą potrzebę zmian w szkole i programie nauczania.

– Tak to działa. Biorąc pod uwagę rosnący średni wiek nauczycieli i nauczycielek oraz to, ile w tym czasie przeszli zmian, nie dziwmy się, że chcą mieć już spokój. Większość z nich ma za sobą okres licznych turbulencji z ciągłymi zmianami w systemie i koniecznością ciągłego dostosowywania się do pomysłów kolejnych polityków.

Najtrudniejsze jest to, że stabilizację można osiągnąć tylko wtedy, gdy jedna z opcji utrzyma się przy władzy na dłużej, chociaż jak wiemy, to może nieść ze sobą pewne niebezpieczeństwa.

(…)

Dlaczego tak trudno przebić się do opinii społecznej z informacją, że zawód nauczyciela jest ważny i powinien być lepiej wynagradzany?

– Fundamentalną sprawą jest to, że społeczeństwo nie wie, na czym ta praca polega. Do tego dochodzi narracja, że wydatki na obronność są najważniejsze. Ten dyskurs jest bardzo mocno związany z wojną w Ukrainie. I on dość mocno trafił do ludzi, którzy zaczęli wierzyć, że tylko to, co prywatne, jest lepsze. To wpłynęło na myślenie, że jak chcesz mieć dobrze wyleczony ząb, to musisz iść prywatnie. Takie myślenie zaczyna też powoli wkraczać do innych sektorów, także takich jak nauka i edukacja. Stąd słuszne są obawy o ich prywatyzację.

Ludzie nie rozumieją, że dopóki nie zapłacimy porządnie nauczycielom za ich pracę, nie sprawimy, że będzie miał kto uczyć dzieci i młodzież. Jakiś czas temu dyskutowaliśmy z uczniami w Senacie o mowie nienawiści i dezinformacji. Młodzież wypełniła salę po brzegi. Zadałem im pytanie: „Kto z was rozważa podjęcie pracy jako nauczyciel w szkole i myśli o tym poważnie?”. Na tę ogromną rzeszę młodych ludzi zobaczyłem w górze najwyżej pięć rąk.

Dobrze, że w ogóle były jakieś ręce w górze.

– Jeżeli tylko tylu uczniów ze 150 obecnych w parlamencie rozważa możliwość zostania nauczycielem, to przyszłość polskiej oświaty jest dramatyczna. Trzeba będzie ściągać z emerytury 70- i 80-letniego fizyka, żeby w ogóle miał kto uczyć. To już się dzieje, ale stanie się zjawiskiem masowym.

Najwyższy czas, żeby rząd sobie to uświadomił.

– Świetna konkluzja.

Dziękuję za rozmowę.

Dr hab. Michał Bilewicz jest autorem m.in. książki „Traumaland. Polacy w cieniu przeszłości”, wyd. Mando, 2024. Książka została nagrodzona  wyróżnieniem w ostatniej edycji Konkursu o Nagrodę im. Pierwszego Rektora Uniwersytetu Łódzkiego Profesora Tadeusza Kotarbińskiego na najlepszą książkę humanistyczną w Polsce. Gala konkursu odbyła się 30 listopada 2025 r. w Filharmonii Łódzkiej. Gratulujemy!

Publikujemy obszerne fragmenty wywiadu, który ukazał się w Głosie Nauczycielskim nr 51-52 z 17-24 grudnia 2025 r. Całość w wydaniu drukowanym i elektronicznym (https://e.glos.pl/#e-wydania)

Nr 51-52/17-24 grudnia 2025