Edukacja zdrowotna to najlepsza z możliwych form profilaktyki szkolnej. Danuta Kozakiewicz: Damy radę nawet w oku cyklonu

Próbuje się podważać wizerunek nauczyciela, usiłuje się nas przedstawiać jako osoby, które z premedytacją będą czyniły zło, prowadząc lekcje z edukacji zdrowotnej. Przecież tego przedmiotu będą uczyć nauczyciele, których rodzice i dzieci znają od lat. Ci, którzy już w szkole pracują, uczą wychowania fizycznego, biologii, są pedagogami specjalnymi, psychologami. Także ci, którzy wcześniej prowadzili wychowanie do życia w rodzinie.

Z Danutą Kozakiewicz, dyrektor Szkoły Podstawowej nr 103 w Warszawie, rozmawia Katarzyna Piotrowiak

Edukacja zdrowotna będzie obowiązkowa. Czy to było zaskoczenie?

– Absolutnie nie było. Jak wielu nauczycieli spodziewałam się, że MEN podejmie taką decyzję i edukacja zdrowotna będzie przedmiotem obowiązkowym, tak jak było to planowane na początku, kiedy powstawał projekt podstawy programowej. Jesteśmy w szkole zgodni co do tego, że przedmiot jest ważny i powinien mieć odpowiednią rangę.

Wszystko, co dzieje się z dzisiejszą młodzieżą szkolną, świadczy o tym, że dotychczasowe metody oddziaływania na uczniów nie są skuteczne, a profilaktyka w szkole, w rodzinie, w mediach jest niewystarczająca.

Co o tym świadczy?

– Świadczą o tym pogłębiający się problem cyberuzależnień wśród dzieci i młodzieży, który wynika z powszechnego dostępu do mobilnego internetu, fatalny stan sprawności fizycznej, zjawisko otyłości, coraz niższy wiek osób uzależnionych od środków odurzających, wzmożona potrzeba działań psychiatrycznych u dzieci, wreszcie zastraszająca liczba zdarzeń suicydalnych, samookaleczeń. Lista problemów jest długa.

Wprowadzenie edukacji zdrowotnej jako przedmiotu obowiązkowego to najlepsza z możliwych form profilaktyki szkolnej, bo daje nam pole do rozmowy z dziećmi na tematy, które są rzadko poruszane. Uczniowie wreszcie otrzymają sprawdzoną wiedzę i będą mieli okazję porozmawiać, a nawet skonfrontować swoje problemy z rówieśnikami.

W profilaktyce i reagowaniu ważne jest, aby dziecko nie czuło się zostawione samo ze swoimi problemami. Wspólne spotkania i okazja do rozmowy oznaczają wzrost szans, że wielu sytuacji uda się uniknąć, a innym może uda się zapobiec na czas.

Ministra edukacji powiedziała, że z jej rozmów z nauczycielami wynika, iż większość popiera obowiązkowy charakter edukacji zdrowotnej. Pani też ma wrażenie, że większość popiera to rozwiązanie?

– Myślę, że zdecydowana większość z nas to popiera. Musimy pomóc dzieciom w ich bardzo poważnych problemach okresu dojrzewania, z którymi w tej chwili, co trzeba przyznać, nie radzimy sobie jako społeczeństwo.

Jest też druga część wypowiedzi szefowej MEN. Ministra dodała, że ci nauczyciele, z którymi się spotyka, obawiają się „konfliktów wokół komponentu edukacji seksualnej, stąd decyzja o jego nieobowiązkowości”.

– Od początku było wiadomo, że nie zabraknie przeciwników obowiązkowej edukacji zdrowotnej. Burza wokół tej kwestii trwa kolejny rok. I nie jest to burza merytoryczna, tylko polityczna i ideologiczna. Gdybyśmy spojrzeli w oko tego cyklonu, to zauważylibyśmy, że wcale nie chodzi o dobro dziecka, tylko o wyborcę, walkę polityczną, sondaże, zbliżające się wybory, o to, że moja ideologia i moje pojmowanie świata jest lepsze niż twoje. To jest walka dorosłych, w której rozmywają się dziecko i jego dobro.

Czy dyskusja ma jeszcze coś wspólnego ze szkołą?

– Nic, ale próbuje się podważać wizerunek nauczyciela, usiłuje się nas przedstawiać jako osoby, które z premedytacją będą czyniły zło, prowadząc lekcje z edukacji zdrowotnej. Przecież tego przedmiotu będą uczyć nauczyciele, których rodzice i dzieci znają od lat. Ci, którzy już w szkole pracują, uczą wychowania fizycznego, biologii, są pedagogami specjalnymi, psychologami. Także ci, którzy wcześniej prowadzili wychowanie do życia w rodzinie.

Wtedy im ufaliśmy, posyłaliśmy dziecko na zajęcia. Teraz nauczyciele są odsądzani od czci i wiary. To kompletne bzdury i trzeba to społeczeństwu tłumaczyć.

Z każdym dniem przybywa apeli, żeby bojkotować obowiązkowość edukacji zdrowotnej. Szkoła znalazła się w trudnej sytuacji?

– Zewsząd słyszymy te głosy. Niektórzy mówią: „Po co było ruszać, skoro było dobrze?”. Nieprawda. To kłamstwo. Nie było dobrze. Wystarczy spojrzeć na statystyki dotyczące samobójstw i prób samobójczych wśród dzieci i młodzieży. Musimy szukać coraz to nowych rozwiązań, bo nie robiąc nic, na co część społeczeństwa się zgadzała, doprowadziliśmy do takiego stanu, że system staje się niewydolny w stosunku do problemów dziecka. Mówię o całym systemie, również o rodzinie, na którą przeciwnicy edukacji zdrowotnej ciągle się powołują. Mówię o tym, że wiele rodzin prosi szkołę o pomoc dopiero wtedy, kiedy dziecko zaczyna głośno mówić o niechęci do życia, kiedy jest całkowicie uzależnione od social mediów, kiedy nie widzi świata poza tym wirtualnym, nie radzi sobie z hejtem. Trzeba zapobiegać, nie czekać, aż coś się wydarzy.

Doświadczenie przemocy zwiększa ryzyko wystąpienia zachowania samobójczego. Dr n. med. Aleksandra Lewandowska: Na co my jeszcze czekamy?

Przeciwnicy powołują się na art. 48 konstytucji, który gwarantuje rodzicom prawo do wychowywania dzieci zgodnie z własnymi przekonaniami. Wiemy doskonale, że szkoła przejęła bardzo dużą część tych zadań…

– Jesteśmy w ogromnym chaosie dotyczącym powierzania zadań, ale kiedy dzieje się coś złego, to winna jest szkoła. Padają wtedy pytania: „Co szkoła zrobiła?”, „Dlaczego nie zapobiegła?”. Ale kiedy wchodzi do szkół przedmiot mający poprawić dobrostan dzieci, przeciwnicy krzyczą: „Szkoło, nie wtrącaj się, bo tylko rodzina ma prawo decydować”. To nie tak. Jeśli odpowiadamy za dzieci, to musimy mieć możliwości oddziaływania.

Chyba nigdzie indziej tak dobrze jak w szkole nie zdajemy sobie sprawy, że nie wszystkie rodziny są wydolne wychowawczo. I nie chodzi tu o złą wolę rodziców i opiekunów, tylko o to, że oni, chcąc chronić swoje dziecko przed światem, często trzymają je pod kloszem. Wolą nie rozmawiać, żeby nie wzbudzać – w ich mniemaniu – niepotrzebnego zainteresowania jakimś tematem. Tylko jeśli nie powiemy, czym jest zły dotyk, jeśli będziemy tworzyć tabu z tematyki dotyczącej seksualności człowieka, to dziecko nie będzie wiedziało, jak się bronić.

Danuta Kozakiewicz: Każde zachwianie zaufania wobec szkoły jest błędem. Jest złem

Po informacji, że edukacja zdrowotna będzie obowiązkowa, ale bez komponentu dotyczącego seksualności, pojawiły się opinie, że trudno będzie unikać tych zagadnień. Czy można zakładać, że w szkole nie będzie się podejmować pewnych tematów?

– Nie da się ich pominąć w życiu, to i nie da się do końca pominąć w szkole. Szkoła jest odzwierciedleniem życia. Lepiej byłoby, żeby osoby, które mają jeszcze wątpliwości, wykorzystały swój internet mobilny, żeby poczytać o tym, co dzieci robią w sieci, albo porozmawiały z nauczycielem.

Według badania EU Kids Online 2026, blisko 26 proc. uczniów w wieku od 10 do 16 lat otrzymało treści – w tym wiadomości tekstowe, głosowe, zdjęcia, filmiki – o charakterze seksualnym, z czego 6 proc. doświadczało tego prawie codziennie lub raz w tygodniu.

– Dzieci mają całodobowy dostęp do telefonów, mobilnego internetu i social mediów. Nie ma możliwości, żeby dziecko ominęła pewna wiedza internetowa, w tym strony z pornografią. I, co trzeba podkreślić, to już nie dotyczy tylko młodzieży, ale także małych dzieci. Nie trzeba chyba nikomu tłumaczyć, jakie mogą być konsekwencje takiego dostępu.

Zakazy? Jestem sceptyczny. Dr hab. Jacek Pyżalski: Nowe technologie nie są jedyną przyczyną problemów młodych ludzi

Burza wokół edukacji zdrowotnej trwa jednak w najlepsze.

– Bo jest korzystna dla pewnych środowisk politycznych oraz ich elektoratu. Tylko że dziecko i jego problemy zostają z boku. Ja się na to nie zgadzam. Jako nauczyciel i dyrektor mówię: „Stop! Dorośnijcie!”. Tu nie chodzi o was, tylko o zdrowie i bezpieczeństwo dzieci. Może warto byłoby zaapelować do rodziców, żeby zamiast słuchać tego, co mówią politycy oraz różne skrajne środowiska, sami poczytali o edukacji zdrowotnej. Trzeba im uświadomić, że nic nie zastąpi dziecku rozmowy w grupie rówieśniczej ani nie da mu takiego poczucia rówieśniczej wspólnotowości w rozwiązywaniu problemów, jak spotkanie w szkole. A do tego też ma służyć ten przedmiot.

Co może zrobić rozdarty wątpliwościami rodzic?

– Jeżeli są wątpliwości, co do tego, czy dziecko będzie prawidłowo uczone tych treści, rodzic powinien wybrać się do szkoły i zapytać nauczycieli: „Niech mi pan/pani powie, jak to będzie wyglądało”. Podczas bezpośredniej rozmowy można dopytać o szczegóły z podstawy programowej, opowiedzieć o obawach. A my będziemy odpowiadać na pytania.

(…)

Czy to może uspokoić atmosferę wokół edukacji zdrowotnej?

– Spodziewamy się, że wrzesień może się okazać trudny. Wiele jednak będzie zależało od samej szkoły. Wzajemne zaufanie na pewno pomoże. W sytuacjach konfliktowych trzeba będzie się wspierać. Myślę, że z tym nauczyciele sobie poradzą, tak samo jak z lekcjami. Nawet, jeśli znajdą się w oku cyklonu.

Niedogodnością jest to, że nie są jeszcze gotowe przepisy prawa, a w szkole obowiązują nas terminy. Nie możemy opierać swoich działań na wypowiedziach medialnych, nawet jeśli jest to wypowiedź ministra.

Jaka jest obecnie frekwencja na nieobowiązkowej edukacji zdrowotnej?

– 40 proc. Najniższa była w klasach ósmych, w pierwszym semestrze chodziło ok. 20 proc. uczniów. Tylko pojedyncze osoby powoływały się na niezgodność treści z ich poglądami.

Dziękuję za rozmowę.

Przedstawiamy skróconą wersję wywiadu opublikowanego w Głosie Nauczycielskim nr 16-17 z 22-29 kwietnia br. Całość w wydaniu drukowanym i elektronicznym (e.glos.pl)

Fot. Archiwum prywatne

Nr 16-17/22-29 kwietnia 2026