Bez dobrych narzędzi do wdrażania tego zakazu trudno będzie go egzekwować. Nie wiem, czy możemy przyjąć takie proste założenie, że dzieci, które teraz nie poddają się regułom wewnątrzszkolnym ograniczającym używanie telefonu, zmienią zdanie, kiedy pojawi się ogólnokrajowy zakaz. To nie będzie miało prostego przełożenia. Doświadczenia wielu krajów pokazują, że tego typu zakazy są w różnym stopniu nieprzestrzegane. Kluczem będzie skuteczność narzędzi, jakie otrzymają szkoły i nauczyciele.
Z dr. hab. Jackiem Pyżalskim, prof. UAM, pedagogiem z Wydziału Studiów Edukacyjnych Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza, koordynatorem polskiego badania EU Kids Online 2026*, rozmawia Katarzyna Piotrowiak
„Dominującym środowiskiem korzystania z internetu przez dzieci i młodzież stały się urządzenia mobilne, najczęściej prywatne i używane poza bezpośrednią kontrolą dorosłych” – to pierwszy z wniosków polskiego badania EU Kids Online 2026. Skoro wszystko dzieje się poza kontrolą, a telefon jest używany głównie poza szkołą, nad ranem, wieczorem i w nocy, to jaki skutek przyniesie zakaz używania telefonu w szkołach podstawowych?
– W naszych badaniach grupą docelową były dzieci w wieku 10-16 lat i wyniki wyraźnie pokazują, że skala problemów jest ogromna. Ograniczenie używania telefonów może mieć znaczenie, jeśli weźmiemy pod uwagę lekcje. Ponad 30 proc. uczniów raz w tygodniu lub częściej zagląda bez wiedzy nauczyciela do telefonu na lekcjach, na pewno nie w celach dydaktycznych. W tym 11 proc. robi to codziennie.
Na przerwach z telefonem nie rozstaje się ok. 45 proc. uczniów. W tym kontekście taki zakaz może mieć sens, bo może ułatwić pracę nauczycielowi. Z szerszego punktu widzenia sam zakaz nie jest rozwiązaniem. Problemy wynikające ze sposobu używania internetu nadal pozostają.
Hejt i cyberprzemoc w relacjach rówieśniczych nie znikną za sprawą tego zakazu?
– W tym zakresie zasadniczo wyniki różnych badań są spójne, wskazują, że taki zakaz nie wpłynie na relacje rówieśnicze, w tym przemoc. Relacje cyfrowe są bardzo mocno powiązane z tradycyjnymi i z tego, co obserwujemy, nie jest to kwestia technologii, tylko wszystkich relacji między młodymi ludźmi.
Jeśli relacje między nimi są złe, to podejmują nieraz agresywne działania w stosunku do siebie, co może przekładać się na przemocowy styl komunikacji w internecie. Ale to jest problem relacji, nie samej technologii.
Wniosek z badań jest taki, że zbyt często obwiniamy technologię za problemy młodych ludzi, podczas gdy realia są znacznie bardziej złożone?
– Problem jest zdecydowanie głębszy. Zarówno rodzice, jak i szkoła mają wiele do przepracowania, jeśli chodzi o budowanie relacji między dziećmi. Z naszych badań wynika, że jeżeli relacje są dobre, to z reguły takie same są i online i offline. Dlatego dla budowania relacji znaczenie ma to, jak radzimy sobie jako rodzice, ale też, jak my, dorośli, pracujemy wychowawczo w szkole.
To prawda, że w rodzinie kształtują się wzory korzystania z urządzeń ekranowych, ale szkoła również może wiele zrobić w tej sprawie. Mam ma myśli np. edukację medialną, ale rozumianą poważnie, czyli uczenie dzieci, jak sensownie korzystać z tych technologii, jak korzystać z AI, żeby nie służyła do oszukiwania szkoły, tylko wspierała w nauce. Kiedy mówimy o społecznych kompetencjach uczniów, netykiecie w kontaktach cyfrowych, czyli o zasadach dobrej komunikacji online, to tu jest jeszcze więcej do zrobienia.
Nie potrafię przesunąć potencjometru w jedną lub w drugą stronę – domu lub szkoły. To nie jest zadanie tylko dla jednej ze stron.
Nie wierzy Pan w skuteczność zakazu, w to, że zmniejszy problemy wynikające z nadmiernego uzależnienia od telefonu?
– Na pewno jest to dyskusyjne, bo bez dobrych narzędzi do wdrażania tego zakazu trudno będzie go egzekwować. Nie wiem, czy możemy przyjąć takie proste założenie, że dzieci, które teraz nie poddają się regułom wewnątrzszkolnym ograniczającym używanie telefonu, zmienią zdanie, kiedy pojawi się ogólnokrajowy zakaz. To nie będzie miało prostego przełożenia.
Doświadczenia wielu krajów pokazują, że tego typu zakazy są w różnym stopniu nieprzestrzegane. Kluczem będzie skuteczność narzędzi, jakie otrzymają szkoły i nauczyciele.
W badaniu EU Kids Online 2026 pytaliście uczniów o ich zapatrywania na zakazy, które w szkołach już są. Jak Pan zinterpretuje ich odpowiedzi?
– Pytaliśmy ich o to w kontekście reguł, jakie obecnie obowiązują w szkołach. Byliśmy ciekawi, jakie to są regulacje i co sądzą o nich uczniowie. Od lat szkoły stosują zróżnicowane praktyki. O tym, że w ich placówce przyjęto najbardziej restrykcyjny wariant, czyli zakaz przynoszenia telefonów, powiedziało nam 13,5 proc. uczniów, którzy ten zakaz popierali. Z kolei 26 proc. wskazywało, że on jest, ale go nie popierało.
Słyszałam o różnych rozwiązaniach, jak np. blokada sygnału po umieszczeniu telefonu w specjalnym etui, ale o całkowitym zakazie przynoszenia telefonu do szkoły słyszy się naprawdę rzadko.
– Pamiętajmy, że to jest ocena sytuacji szkolnej przez uczniów, oni mogą różnie interpretować szkolne ograniczenia. Znacznie częściej wskazywano na model pośredni – wolno przynieść telefon do szkoły, ale może być używany tylko w wyjątkowych sytuacjach. Takie rozwiązanie wskazało jako obowiązujące w ich szkole 65,5 proc. uczniów. Blisko 32 proc. je popierało, a 34 proc. się z nim nie zgadzało. Największe poparcie zyskało najbardziej liberalne rozwiązanie, czyli nie wolno używać na lekcjach, ale wolno na przerwie. Taki model wskazało 35,9 proc. uczniów, a aprobatę dla niego wyraziło 24,7 proc. z nich.
To, co mnie zaskoczyło, to odsetek uczniów – 40,6 proc., którzy mówią, że w ich szkole nie ma takiej zasady, ale chcieliby, żeby taka zasada obowiązywała. Natomiast 23,5 proc. odpowiedziało, że u nich nie ma takiej regulacji, ale gdyby była, nie byliby z niej zadowoleni.
Wyraźnie widać, że poparcie dla lekcji bez telefonów i dla przerw z telefonami jest dużo wyższe niż dla wariantu „zero telefonu”. Myślę, że to, co już obowiązuje w wielu szkołach w Polsce, czyli pilnujemy na lekcjach, ale na przerwach dajemy więcej luzu, jest o wiele bardziej zgodne z tym, jak to widzą uczniowie.
Badaliście również aktywność w sieci polegającą na udostępnianiu swoich danych osobom nieznanym oraz upubliczniania treści i filmików na temat innych osób bez ich zgody. I prawie co piąte dziecko w wieku od 10 do 16 lat w tych badaniach się do tego przyznało… To szokujące.
– Chcemy zwrócić na to szczególną uwagę, bo widać, że udostępnienie innym osobom nieuzgodnionych treści i własnych danych przez dzieci i młodzież jest ogromnym problemem. To naraża młodych ludzi na niebezpieczne kontakty. Jednak takie zachowania nie biorą się znikąd. Co dziewiąty uczeń wskazał w naszym badaniu, że udostępnianie treści bez wiedzy innych osób dotyczy także ich rodziców i opiekunów. Młodym respondentom nie podoba się to, że o zgodę na wykorzystanie ich wizerunku, np. przez szkołę, pyta się najczęściej tylko rodziców lub opiekunów. Samych zainteresowanych już często nie.
Z problemem wynikającym z braku poszanowania prawa do wizerunku zmagamy się wszyscy, co nie zmienia faktu, że dzieci non stop same narażają się na istotne niebezpieczeństwo. Może problem tkwi w tym, że dzieci nie są tak biegłe w kontakcie z nowymi technologiami, jak nam się wydaje. Często po prostu nie wiedzą, jak bezpiecznie korzystać z technologii i na co uważać.
Co dla badacza jest najbardziej uderzające w odpowiedziach zebranych w tegorocznym raporcie?
– To, że młodzi twierdzą, że wszystko wiedzą o nowoczesnych technologiach, a kiedy ich pytamy, dlaczego wplątują się w kłopoty, to okazuje się, że dzieje się tak z powodu niewiedzy. Zapytani, czy potrzebują edukacji i wskazówek na temat bezpieczeństwa w sieci, najczęściej odpowiadają, że „nie”. Aż 77 proc. uważa, że niczego nie potrzebuje! Jak widać, jest potężny rozdźwięk między ryzykownymi zachowaniami młodych w sieci a ich subiektywnym poczuciem, że „ja wiem, jak to działa i nikt nie musi mi niczego wyjaśniać”.
Powody takiego myślenia mogą być różne. Jednym z nich jest poczucie, że to, co my im proponujemy, jest mało realistyczne, że edukacja cyfrowa w szkole nie dotyka ich codzienności. Z drugiej strony widzimy, że 65 proc. z nich nie ma przemyśleń na temat przyszłości życia z AI, pozytywnie ocenia ją tylko co 10., co może oznaczać, że korzystają z niej wyłącznie intuicyjnie.
Mimo to bez obaw szukają u AI porad zdrowotnych i „sercowych”?
– Zdecydowanie częściej robią to dziewczęta niż chłopcy. Dziewczęta mają większą skłonność do traktowania tego narzędzia jako źródła rad. Pytania do AI dotyczą najczęściej zdrowia fizycznego i kondycji psychicznej, ale też spraw osobistych. To bardzo ryzykowne, bo nie zawsze rady tego typu muszą być adekwatne. Dziewczęta częściej są też aktywne w social mediach, bo chłopcy generalnie mają więcej kont i profili na platformach gamingowych.
Nasze badania pokazują, że pewnych zachowań i aktywności młodych w internecie nie da się uśrednić, że różne grupy młodych ludzi – czy to ze względu na płeć, czy środowisko – mogą podchodzić do wszystkiego inaczej.
(…)
Jaka jest Pana ocena tego, co zrobiła Australia, która jako pierwsza radykalnie odcięła dzieci od mediów społecznościowych?
– Przyglądam się temu, co dzieje się w Australii, ale jestem w grupie badaczy, którzy są dość sceptyczni co do jego skuteczności. Sami Australijczycy przyznają, że nie są w stanie tego ograniczenia egzekwować, że jest przez dzieci omijane, a wiele treści niebezpiecznych jest przemycanych poza social mediami. One nie są obecnie jedyną „bramą”, która otwiera dostęp i wciąga młodzież na mielizny. Badając tę problematykę od lat, nie wierzę w silne działanie pojedynczego rozwiązania na poziomie jednego kraju, szczególnie w ograniczenie mediów społecznościowych czy zakazu telefonów wśród jednej grupy.
Jakich rozwiązań Pan oczekuje?
– Na pewno nie jednorazowych, które zakładają, że jednym „strzałem” rozwiążemy najważniejsze problemy młodych pokoleń. Trzeba do tego podejść bardziej kompleksowo.
Dziękuję za rozmowę.
*Badanie zostało przeprowadzone w całości w ramach sieci EU Kids Online (EUKO) – międzynarodowej sieci badawczej zajmującej się analizą szans, zagrożeń oraz bezpieczeństwa dzieci w środowisku online w Europie – www.eukidsonline.net. Polski zespół to dr hab. Jacek Pyżalski, prof. UAM (koordynator), dr hab. Piotr Plichta, prof. UWr i dr hab. Łukasz Tomczyk, prof. UJ
Przedstawiamy skróconą wersję wywiadu opublikowanego w Głosie Nauczycielskim nr 14-15 z 8-15 kwietnia br. Całość w wydaniu drukowanym i elektronicznym (e.glos.pl)
Fot. Archiwum prywatne
