W ubiegłym roku mieliśmy w oddziale taki przypadek, tuż po wyroku, kiedy nauczyciele organizowali wyjazd z uczniami na kilka dni. Pytali mnie, co mają zrobić, bo dyrektorka szkoły kazała im podpisać dokument, z którego miało wynikać, że zrzekają się wynagrodzenia za nadgodziny. Poinformowałam ich, że jeśli to podpiszą, to już nie będzie można tego odwrócić, a my nie będziemy mogli się tym zająć. Prezeska ogniska poinformowała dyrektor szkoły, że ona tego nie podpisze. Zaznaczyła też, że będzie potrzebny dodatkowy nauczyciel, bo pozostali muszą mieć czas na sen i odpoczynek. I proszę sobie wyobrazić, że znalazł się dodatkowy nauczyciel i za wszystkie godziny nadliczbowe im zapłacono. To były dla nich tak duże pieniądze, że jak otrzymali paski z wypłatami, to pomyśleli, że zaszła pomyłka.
Z Ireną Nowak, prezes Oddziału Międzygminnego ZNP w Gryficach w woj. zachodniopomorskim, rozmawia Katarzyna Piotrowiak
Rok po tym, jak Sąd Najwyższy przyznał rację nauczycielce z Gryfic, która przez prawie 14 lat walczyła przed sądami o wynagrodzenie za godziny nadliczbowe, odbyło się w MEN posiedzenie grupy roboczej ds. wynagradzania nauczycieli. Wydawało się, że ten wyrok otwiera drogę do egzekwowania pieniędzy w ponad 20 tys. szkół samorządowych. Jak Pani ocenia to, co działo się wokół tej sprawy przez miniony rok?
– Jesteśmy w tym samym miejscu, w którym byliśmy. Nic się nie zmieniło, mimo że w lutym 2025 r. Sąd Najwyższy wydał bardzo czytelny wyrok w sprawie nadgodzin nauczycieli. Należy płacić nauczycielom za nadgodziny – taki jest jego wydźwięk. Po tym wszystkim oczekiwaliśmy, że dochodzenie do konsensusu i zmian korzystnych dla nauczycieli potrwa najwyżej kilka miesięcy. Tak się nie stało. A cieszyliśmy się wtedy bardzo. Teraz jednak uważam, że znaleźliśmy się w punkcie wyjścia. Minął rok i nic się nie zmieniło. Kręcimy się w kółko.
Przypomnijmy, że w 2025 r. Sąd Najwyższy w składzie siedmiu sędziów orzekł, że praca wykonywana przez nauczyciela w ponad 40-godzinnej normie czasu pracy, zgodnie z Kartą Nauczyciela, jest pracą w godzinach nadliczbowych w rozumieniu Kodeksu pracy. Jak to wszystko się zaczęło?
– To dzięki Ewie, nauczycielce, która przez 14 lat walczyła o należne jej wynagrodzenie za nadgodziny. Na jej konkretnym przykładzie ,pokazaliśmy dobitnie jak wygląda praca nauczyciela. Wydawało się, że po wyroku SN sytuacja w końcu się unormuje, że uda się dojść do porozumienia, bo sytuacja prawna została wyjaśniona. Żyjemy przecież w państwie prawa.
To, co orzekł SN, jest bardzo czytelne i klarowne. Dlaczego więc nie stosuje się przepisów Kodeksu pracy wobec nauczycieli, tak jak wobec innych pracowników? Ja często, przy różnych dyskusjach, także w samorządach, podkreślam, że nauczyciele też mają swoje prawa, kiedy pracują w godzinach nadliczbowych. Że one ich też dotyczą.
Tymczasem we wrześniu ub.r. w wielu samorządach przekazano dyrektorom szkół sugestię: „Proszę nie organizować wycieczek, bo nie ma pieniędzy, więc nie będzie zapłacone”. Wynikało z tego, że jeśli ktoś chce, to może na taką wycieczkę pojechać, ale tylko w ramach swoich godzin pracy.
Jaka była reakcja szkół i nauczycieli na takie sugestie?
– Jak wiemy, doszło do podziału. Mamy szkoły, gdzie nauczyciele jeżdżą tylko w ramach swoich godzin pracy, ale są też nauczyciele, którzy decydują się na wyjazdy całodniowe i kilkudniowe. A więc przekraczają czas pracy. Tak jest w całym kraju. To pokazuje, że sytuacji nie udało się unormować. Kiedy na poziomie samorządów poruszam problem związany z godzinami nadliczbowymi, zwracam uwagę na to, że radni i posłowie są w różnych komisjach, ale każdy maksymalnie w dwóch.
Pytam dlaczego? Wtedy słyszę, że za pracę w kolejnych komisjach nie otrzymaliby wynagrodzenia. Czyli nie można powiedzieć, że nie wiedzą, o co chodzi w kwestii nadgodzin. Dobrze wiedzą, że w Polsce przecież za pracę się płaci. Poza tym mamy wyrok, który udało się uzyskać po tylu latach, więc po co MEN zwołuje prace grupy roboczej?
Po co?
– Dla mnie są to spotkania pozorowane, bo „góra” patrzy na nauczycieli tak jak zwykle, że nauczyciel ma misję, ideały więc może jeszcze popracuje za darmo i tak od lat mu się dokłada, dokłada i dokłada. Nawet teraz, rok od ogłoszenia wyroku SN, zamiast konkretnych rozwiązań proponuje się jakiś bliżej nieokreślony okres rozliczeniowy. Bo jak rozumieć propozycję, żeby rozliczać nadgodziny co cztery albo co sześć miesięcy? Nie rozumiem, skąd taki pomysł. Chyba po to, żeby jeszcze bardziej zagmatwać kwestie wynagrodzeń za godziny nadliczbowe.
ZNP obstaje przy tym, że ten okres rozliczeniowy nie powinien być dłuższy niż jeden miesiąc, co innego proponuje resort edukacji.
– W każdym zakładzie pracy ten okres rozliczeniowy jest miesięczny. Dlaczego akurat wycieczki organizowane przez polskie szkoły mają być rozliczane inaczej? To jest utrudnianie. Jeżeli nauczyciel jest rozliczany w cyklu miesięcznym, to ma nad swoim czasem pracy stałą kontrolę. Wie dokładnie, kiedy i na jak długo jechał, wie, ile w sumie przepracował. W cyklu rozliczeniowym, który miałby trwać kilka miesięcy, to wszystko bez wątpienia się rozmyje. Nauczyciel się tym zwyczajnie pogubi, bo praca nauczyciela jest bardzo absorbująca i intensywna. Jak widać, w oświacie robi się wszystko, żeby utrudnić, żeby to nie było czytelne.
Nauczyciel ma być nauczycielem, a nie księgowym i kadrowcem, bo on nie ma na to czasu, żeby przez pół roku liczyć godziny i czekać, aż otrzyma pieniądze.
Ile Pani Ewa, której dotyczył wyrok SN, zebrała akt w czasie minionych 14 lat, żeby udowodnić pracę w godzinach nadliczbowych?
– Kilka segregatorów. Tych dokumentów było kilkaset. Wszystko udowodniła. Każdą przepracowaną godzinę ponad 40-godzinny tydzień pracy. Ich zebranie zajęło jej masę czasu. Samo gromadzenie jest pracochłonne, bo nauczyciele mają wiele różnych godzin i obowiązków, a przepisy ciągle się zmieniają.
Padła jeszcze jedna propozycja MEN – dodatku za wycieczki, rodzaju rekompensaty za dodatkowe godziny wypracowane przez nauczyciela podczas wycieczek szkolnych. Jak Pani to odbiera?
– To jest dopiero gorący temat. Zaczęłam się zastanawiać, czy chodzi o jakieś uśrednienie, żeby nie płacić za wszystkie nadgodziny, tylko za część. Kwestia wynagrodzenia za nadgodziny, jak widać, coraz bardziej się komplikuje. W ubiegłym roku mieliśmy w oddziale taki przypadek, tuż po wyroku, kiedy nauczyciele organizowali wyjazd z uczniami na kilka dni. Pytali mnie, co mają zrobić, bo dyrektorka szkoły kazała im podpisać dokument, z którego miało wynikać, że zrzekają się wynagrodzenia za nadgodziny.
Poinformowałam ich, że jeśli to podpiszą, to już nie będzie można tego odwrócić, a my nie będziemy mogli się tym zająć. Prezeska ogniska poinformowała dyrektor szkoły, że ona tego nie podpisze. Zaznaczyła też, że będzie potrzebny dodatkowy nauczyciel, bo pozostali muszą mieć czas na sen i odpoczynek. I proszę sobie wyobrazić, że znalazł się dodatkowy nauczyciel i za wszystkie godziny nadliczbowe im zapłacono. To były dla nich tak duże pieniądze, że jak otrzymali paski z wypłatami, to pomyśleli, że zaszła pomyłka.
Czyli wyrok SN w pewnych przypadkach był respektowany?
– W tym przypadku był, bo prezeska ogniska powołała się na ten właśnie wyrok SN, kiedy negocjowała z dyrektorką szkoły, a ta zapewne rozmawiała z samorządem. Prezeska po prostu oznajmiła, że pojadą na wycieczkę, pod warunkiem że nauczyciele otrzymają zapłatę za ten czas. Po powrocie na paskach nauczycieli pojawiło się po ok. 2 tys. zł za pięć dni, bo to była praca całodobowa.
Wniosek jest taki, że każdy nauczyciel musi być sam sobie adwokatem?
– Na to wygląda, że obecnie w każdym przypadku trzeba upominać się i walczyć o zapłatę za nadgodziny, o to, co powinno być wszędzie wypłacane. Można się też domyślać, że po takich sytuacjach jak ta opisywana przeze mnie, pojawiła się w samorządach obawa, że trzeba będzie nauczycielom płacić konkretne pieniądze za każdą wycieczkę. Samorządowcy zrozumieli, co by było, gdyby nauczyciele upomnieli się o pieniądze, które stracili w minionych latach i ciągle tracą. To duże kwoty. Nauczyciele nigdy takich pieniędzy za wycieczki nie widzieli. To pokazał tylko ten jeden przykład z naszego oddziału. Podaję ten przykład, bo gdyby inni nauczyciele byli świadomi tego, że piątka naszych kolegów z oddziału w Gryficach otrzymała całe wynagrodzenie za wycieczkę, to nie podpisywaliby oświadczenia o zrzeczeniu się należnego im wynagrodzenia za nadgodziny.
I mieliby szansę na otrzymanie pieniędzy za pracę w nadgodzinach?
– Niestety, organ prowadzący uznał, że takich pieniędzy więcej nie zapłaci. To była jednorazowa decyzja.
Wyobraźmy sobie sytuację, że nauczyciel jednak jedzie, ale nie podpisał dokumentu, że się zrzeka wynagrodzenia, w domyśle, będzie domagał się zapłaty za czas spędzony z uczniami na wycieczce. W myśl orzeczenia SN z lutego 2025 r. może się domagać tych pieniędzy jedynie przed sądem pracy?
– Jeśli nie otrzyma zapłaty, to pozostaje tylko i wyłącznie sąd pracy. Samorządowcy są jednak świadomi, że nauczyciel raczej do sądu nie pójdzie. To są wyjątkowe sytuacje. Tym wyjątkiem była nasza koleżanka Ewa.
Pani Ewie, która stworzyła ten ważny precedens, zajęło to kilkanaście lat. Tak długi czas zapewne zniechęca tych, którzy chcieliby pójść do sądu?
– Po orzeczeniu sprzed roku na pewno tyle by to już nie trwało. Obecnie sądy działają szybciej. Szczególnie że SN rozstrzygnął ostatecznie, że nauczycielom należy się zapłata za nadgodziny. Wyższej instancji nie ma.
Sytuacja jest jednak naprawdę trudna, bo wiele osób uważa, że wyrok był niepotrzebny, ponieważ nic się nie zmienia. My, nauczyciele, musimy wszystko, a MEN, mając tylu specjalistów i radców prawnych, nie potrafi czy raczej nie chce poprawić naszej sytuacji. Nasza grupa zawodowa liczy ponad 600 tys. osób, tylko nieliczni z nas nie jeździli na wycieczki. Proszę sobie wyobrazić, ile pieniędzy z tytułu niezapłaconych nadgodzin zostało w budżecie państwa. Nauczyciele mimo to nie rezygnują masowo z wyjazdów, bo wiedzą, że jak nie jadą, to dzieje się to kosztem uczniów.
Czyli jest pat?
– Tak to odbieramy. Mamy świadomość, jaka jest sytuacja finansowa w samorządach. Wiele gmin i powiatów nie ma pieniędzy na nadgodziny. Czas płynie, a MEN dopiero rozpoczyna rozmowy. Może chodzi o to, żeby nauczyciele dali sobie spokój, bo w końcu i tak pojadą, zrobią to dla dzieci.
Dziękuję za rozmowę.
To jest wywiad opublikowany w Głosie Nauczycielskim nr 11-12 z 18-25 marca 2026 r. (wydanie drukowane i elektroniczne – e.glos.pl). Fot. Archiwum prywatne