Noszę w sobie głód życia. Tomasz Kowalski: Wychowankom mówię: „Chłopaki, życie jest piękne”. Nikt im tego nie powie

Spełnianie marzeń? Dopiero co rozmawiałem o tym z wychowankami w czasie spotkania. Miało być kino, ale wybrali pizzę. To była nagroda za udział w turnieju wiedzy o Unii Europejskiej, który już 12. rok organizuję. Przy pizzy rozmawialiśmy o wszystkim. Sporo narzekali, a mają dopiero po 17-18 lat. Pomyślałem, że nie ma wyjścia, muszę im ciągle powtarzać: „Chłopaki, życie jest piękne”. To są dzieciaki z problemami, nikt inny im tego nie powie. Nie są pierwsi, których ciągnę w góry. Koronę Gór Polski realizuję od lat. Zacząłem w mojej pierwszej placówce w Nowej Hucie, a od 2013 r. w obecnym ośrodku, z kolejnymi rocznikami wychowanków. Robię to nadal, bo to działa. Naprawdę działa.

Z Tomaszem Kowalskim, wychowawcą w Zespole Placówek Resocjalizacyjno-Socjoterapeutycznych w Krakowie, członkiem Oddziału ZNP Kraków-Śródmieście, rozmawia Katarzyna Piotrowiak

Ile to już tysięcy kilometrów?

– Od ubiegłego roku, włączając w to #marszdlamatiego* oraz zdobycie wulkanu Ararat w Turcji, pokonałem pieszo ok. 3 tys. km. W ostatnim czasie wszystko, co robię, opiera się na chodzeniu (śmiech). Także z moimi wychowankami, z którymi w ramach projektu Korona Gór Polski zdobyliśmy w ciągu dwóch lat niemal 20 z 27 szczytów. W tym roku szkolnym sześć z nich. Przed nami w czerwcu Sudety. Póki mam zdrowie i siłę, będę zachęcał chłopców do chodzenia po górach. Mnie pcha w świat ciekawość i chęć poznawania. Mam nadzieję, że udaje mi się ją rozbudzać w kolejnych pokoleniach wychowanków.

Dlaczego tak bardzo Panu na tym zależy?

– Noszę w sobie głód życia, życia w ciągłym ruchu.

W 2025 r. plan był taki, żeby wejść na Damavand, najwyższy wulkan w Azji, który jest tuż koło Teheranu. Wojna pokrzyżowała jednak szyki. Co oprócz tego niezrealizowanego Iranu znalazło się w bliskich i dalekich planach?

– Jest jeszcze mnóstwo wulkanów do zdobycia. Kiedy w ubiegłym roku schodziłem z Araratu, byłem przekonany, że w tej mojej wędrówce po wulkanach następne musi być Kilimandżaro. Od dziecka wyobrażałem sobie górę przykrytą czapą lodowcową, a u jej podnóża sawannę i żyrafy obskubujące drzewa z liści na wysokości drugiego piętra w naszym bloku. Dopiero za jakiś czas okaże się, czy pojawi się kolejna możliwość sprawdzenia się w trudnych warunkach. Trwają przymiarki, chociaż koszty wyprawy rosną z dnia na dzień.

Mam nadzieję, że jednak się uda, chociaż i w tym przypadku zawirowania polityczne są stałym elementem gry. Taki jest teraz świat. Wszystko się skupia na cieśninie Ormuz. Ceny paliw i biletów, połączenia lotnicze, możliwość przekraczania granic. Obawy są, a lista wulkanów jest obstawiona na najbliższe lata.

A projekt Korona Gór Polski?

– To już kolejny sezon. Trzy tygodnie temu, między moimi różnymi aktywnościami, zaliczyliśmy z wychowankami z ośrodka dwudniową wycieczkę w Beskid Śląski i Beskid Mały. Wchodziliśmy m.in. na Skrzyczne i na Czupel. Potem jeden dzień odpoczynku i ruszyłem na Sycylię, gdzie głównym punktem była oczywiście Etna. Mega przeżycie! Etna to czynny wulkan i cały czas pracuje. Czuć, jak pod skorupą wszystko buzuje, jak jakaś zupa. Szliśmy z żoną od północnej strony. Od wysokości 2700-2900 m wchodzi się po śniegu, a przy kraterze nagle człowiek czuje ciepło pod butami. Tam z każdej szczeliny i co kilka metrów ulatniają się wyziewy siarkowe. Fantastycznie jest tego doświadczyć.

Tomasz Kowalski podjął niezwykłe wyzwanie. Chce przejść 1 tys. km dla Matiego, chłopca, który walczy z chorobą

Czyli polubił Pan ryzyko?

– Etna nie jest aż tak ryzykowna, ale rzeczywiście powoli oswajam się ze swoimi strachami.

Na wspomnianej liście ma Pan wulkany, szczypta ryzyka zawsze jest.

– Wulkany to nie są superbezpieczne miejsca. Ale Etna jest jednym z lepiej kontrolowanych przez sejsmologów miejsc na świecie. Co do dnia są w stanie przewidzieć erupcję. Ostatnią dużą aktywność odnotowano w lipcu 2024 r., kolejną na początku stycznia tego roku. Lawa z krateru się wylewała. Ale przecież po to się tam jedzie. Dreszczyk emocji jest ważny. Przynajmniej dla mnie, nauczyciela i fana wulkanów.

Nie wszystko da się pokazać w social mediach. Prowadzi Pan dziennik z podróży, może myśli Pan o spisaniu wrażeń?

– Zawsze staram się wrzucić post, jak rozpoczynam i kończę wyprawę. Ograniczam się jednak do najważniejszych informacji. Dorzucam też fotki z każdego wyjazdu, każdej pieszej wędrówki. W Sycylii nie tylko obejrzałem Etnę, przeszedłem pieszo ok. 100 km. Tylko że ja nie robię tego wszystkiego dla szerokiego forum odbiorców, a głównie z myślą o wychowankach. Tym, co robię, chcę im pokazać, że wszystko jest możliwe, że się da. Jest potem z tego sporo opowieści i dużo żartów, które długo pamiętają.

Zamierza Pan schodzić pół świata, zaliczać wulkany, ale nie chce specjalnie się tym chwalić?

– Moje dzieciaki już dorosły, mam trochę więcej czasu dla siebie i sił mi też nie brakuje. Czuję się dosyć młodo (śmiech). Mam czas, żeby te miejsca, o których od tak dawna marzyłem, w końcu zobaczyć. Z drugiej strony chcę pokazać wychowankom, że nie chodzi tylko o to, żeby mieć jakiekolwiek marzenia, tylko o to, żeby te marzenia spełniać. To jest też przekaz, że jak chcesz zobaczyć Andy albo Himalaje, musisz wykonać pierwszy krok. Przygotować listę rzeczy, które chcesz zrobić i stopniowo je realizować. Ja mam teraz fazę na wulkany. Plany wylewają się z kartki, bo obejmują dobre kilka lat.

Na liście jest ciągle Meksyk i czynny drzemiący stratowulkan Pico de Orizaba (5636 m). Przy okazji chciałbym zahaczyć o tradycyjne meksykańskie Święto Zmarłych. Ciągle też marzę o Fudżi (3776 m) w Japonii. No i jest na liście Ameryka Południowa, gdzie najchętniej bym poleciał i został na kilka miesięcy.

Marsz dla Matiego – challenge nauczyciela z Krakowa. Tomasz Kowalski: Zdeptałem buty do cna

Młodzież, która bez końca scrolluje, do tego ma więcej problemów niż inne dzieciaki, łapie ten przekaz o życiu w ruchu i spełnianiu marzeń?

– Dopiero co rozmawiałem o tym z wychowankami w czasie spotkania. Miało być kino, ale wybrali pizzę. To była nagroda za udział w turnieju wiedzy o Unii Europejskiej, który już 12. rok organizuję. Przy pizzy rozmawialiśmy o wszystkim. Sporo narzekali, a mają dopiero po 17-18 lat. Pomyślałem, że nie ma wyjścia, muszę im ciągle powtarzać: „Chłopaki, życie jest piękne”. To są dzieciaki z problemami, nikt inny im tego nie powie. Nie są pierwsi, których ciągnę w góry. Koronę Gór Polski realizuję od lat. Zacząłem w mojej pierwszej placówce w Nowej Hucie, a od 2013 r. w obecnym ośrodku, z kolejnymi rocznikami wychowanków. Robię to nadal, bo to działa. Naprawdę działa.

Kiedy łapią tego bakcyla?

– Obserwuję od lat jak Korona Gór Polski zmienia ich podejście do życia. Na początku nie jest łatwo. Jeszcze w ośrodku często słyszę: „Nie wiem, Wodzu, czy dam radę, nigdy nie byłem i nie chodziłem po górach”. Ja wtedy tylko mogę powiedzieć: „Jedź z nami, sprawdzisz się”. Potrzeba im impulsu, nie tylko ze strony rówieśników.

Nie było nigdy sytuacji podbramkowych, nie stwarzali Panu problemów?

– Widzę, jak w trakcie takiej wędrówki zachodzi zmiana, która wyzwala w nich zdrową rywalizację. Jeden przed drugim próbują się mobilizować, żeby nie było marudzenia. Stosują się do poleceń. Ja wchodzę pierwszy, potem wychowankowie, a grupę zamyka kolega opiekun. No i od roku poruszamy się z krótkofalówkami. Od lat zabieram ich w góry, żeby się czegoś nauczyli, przezwyciężyli swoje słabości.

Co już jest za Wami, a jakie szczyty będziecie wspólnie zdobywać jeszcze w tym roku szkolnym?

– Całą wschodnią Polskę mamy zdobytą. Zachód, oprócz Stołowych, Sowy i Śnieżnika, jeszcze przed nami.  Ostatnio wchodziliśmy od strony Piwnicznej na Radziejową, najwyższy szczyt Beskidu Sądeckiego, a na drugi dzień pojechaliśmy zaraz na Lackową w Beskidzie Niskim. W ostatnim tygodniu czerwca jeszcze Sudety, a potem przerwa. We wrześniu Tatry, a w październiku znowu na kilka dni w Sudety. Do października mamy wypełniony program. Zyskaliśmy też wsparcie dwóch fundacji. Kupiliśmy buty i sprzęt, którego nie mieliśmy.

Wyjście z nastolatkami w góry to nie lada wyzwanie dla nauczyciela. Jak Pan się do tego przygotowuje?

– Nikt z wychowanków nie wie, ile mnie to kosztuje emocjonalnie. Dlatego dbam o dyscyplinę, objaśniam zasady bezpieczeństwa. Co nie znaczy, że omijamy trudne wejścia. Tu powrócę do Lackowej, bo to niby niewysoka góra, ale my wchodziliśmy najtrudniejszym szlakiem, tzw. ścianą płaczu. Byłem tam trzy razy i sam widziałem niejedną akcję ratunkową goprowców. Trzy tygodnie przed naszym wyjściem ktoś się tam połamał. Cały czas mam to z tyłu głowy. Obawy są, ale one nie mogą nas powstrzymywać.

Trzej bracia nauczyciele z Grajewa: Łączymy pracę w oświacie z działalnością sportową. Wywiad, który trzeba przeczytać!

Co wychowankom daje to wyjście w góry z wychowawcami?

– Samo podejście na Lackową to, jak dla mnie, najtrudniejszy punkt w całych polskich Beskidach. Kawałek stromizny, a jednocześnie doskonałe miejsce, żeby pokazać chłopakom niedostosowanym społecznie, jak ważna jest dyscyplina i współpraca. Jak ważne jest, żeby obserwować opiekuna i wykonywać jego polecenia. Iść za nim, nie schodzić z trasy, żadnych własnych pomysłów. Bo mamy jeden wspólny cel – wejść i zejść bezpiecznie z tej lub innej góry. Tam uczę ich tego, co najważniejsze, żeby decydując się na coś wyższego, wiedzieli, jak należy się zachować.

W murach szkoły z pewnością trudno jest osiągnąć podobny efekt wychowawczy w tak krótkim czasie.

– Nie ma na to szans, dlatego do kwestii wychowawczych staram się zabierać od strony praktycznej. Muszę myśleć o tym, co im się przyda w życiu. Uczę kontroli, koncentracji, słuchania innych. W szkole prowadzimy rozmowy na różne tematy, o tolerancji, akceptacji, wrażliwości na drugiego człowieka, szacunku do wyznania, wyglądu, wizerunku, ale przekonałem się, że jeden dzień w górach może zdziałać większe cuda niż dziesiątki lekcji wychowawczych. Czasem więcej niż kilka miesięcy w ośrodku. Podczas takiej wycieczki każdy z nas przełamuje swoje słabe punkty. Nawet przy rozpalaniu ogniska.

Wypad w góry ma dobroczynny wpływ na psychikę, ale też budowanie pewności siebie. Każdy z nas ma przecież swoje granice i pewne opory. A oni dopiero w górach poznają swoje możliwości, zaczynają rozumieć, na co ich naprawdę stać. Przecież ja sam nadal przerabiam ten mój strach przed utratą kontroli na większej przestrzeni. Za każdym razem, kiedy wprowadzam chłopaków na wieżę widokową, tłumaczę im, jak się zachować, jak stopniować emocje. Robię to, czego uczy mnie terapeutka.

Jest coraz mniej okazji do pokazywania młodym, że warto podnieść wzrok znad telefonu. Co jest w tym wszystkim najtrudniejsze i jak to zrobić?

– Najtrudniej jest ich zmobilizować. Kiedy już poczują bakcyla, wówczas widzę, jak zapominają o social mediach, sporach, konfliktach. We wrześniu minie 25 lat mojej pracy w resocjalizacji młodych i widzę, jak przybywa nam zadań, które na pierwszy rzut oka są nie do przeskoczenia. Projekt Korona Gór Polski przekonał mnie jednak, że wystarczy młodym pokazać, że ich świat nie kończy się na tych wszystkich sprawach i zaszłościach, z jakimi trafili do ośrodka.

To niesamowite, że udaje się Panu przekonać nastolatków do kilku dni życia offline.

– Szczątkowy kontakt online muszę im zapewnić (śmiech). Umawiamy się, że korzystamy z telefonów tylko wieczorami lub podczas powrotów w busie. Gdyby przez trzy dni musieli być w schronisku ze słabym zasięgiem, to już nie bardzo by im to odpowiadało. Zawieramy więc kompromis.

Krótkofalówka w trasie wystarczy?

– Po prostu przekonuję ich, jakie będą zasięgi, kiedy już zamieszczą zdjęcia z wyprawy. Mówię: „Jak napiszesz, że zdobyłeś tysiącmetrowy szczyt w deszczu, a potem jeszcze zebrałeś drewno i zrobiłeś sam ognisko, to ochom i achom nie będzie końca”. Więc teraz, jak tylko wchodzimy do busa, słyszę: „Wodzu, wyślesz zdjęcia?”. Normalnie, nie pozwalam im chodzić z telefonami, żeby patrzyli pod nogi i rozglądali się wokół siebie, rzucili czasem okiem na piękno przyrody. Sam zaspokajam ich potrzeby fotograficzne i na koniec im to wszystko wrzucam.

Dziękuję za rozmowę.

NOTKA

*Marsz dla Matiego był niezwykłym wyzwaniem, które Tomasz Kowalski podjął w 2025 r.  30 maja ub.r. nauczyciel rozpoczął marsz Głównym Szlakiem Beskidzkim i Głównym Szlakiem Sudeckim. Przeszedł ponad 1056 km od granicy z Ukrainą aż po trójstyk granic w Bogatyni. W ten sposób nagłaśniał zbiórkę pieniędzy na leczenie Mateusza, podopiecznego Fundacji Serce Dziecka. O przeżyciach podczas marszu i sukcesie tego wyzwania Tomasz Kowalski opowiedział w serii wywiadów dla Głosu Nauczycielskiego.

Przedstawiamy wywiad opublikowany w Głosie Nauczycielskim nr 23-24 z 10-17 czerwca br. Wywiad ukazał się w wydaniu drukowanym i elektronicznym (e.glos.pl)

Na zdjęciu: Tomasz Kowalski na Etnie. Fot. Archiwum prywatne