Kiedy siedzimy w swoim gronie, często zadajemy sobie pytanie: „Co będzie dalej?”. I czasami słyszę: „Czas umierać”. Tak, padają nawet takie słowa. Bo coraz trudniej jest nam zrozumieć podejście młodych pokoleń do edukacji. Coraz większe mają oczekiwania, ale nie chcą się przykładać do nauki. Nie ma szacunku do szkoły. W nauczycielach jest wielki niepokój i poczucie, że nie są szanowani. Jeżeli nic się nie zmieni, jeżeli nie zainwestuje się w nauczycieli jako grupę zawodową, to szkoły czeka spadek jakości nauczania.
Z Ewą Łoś, dyrektor XXXI Liceum Ogólnokształcącego im. Ludwika Zamenhofa w Łodzi, rozmawia Katarzyna Piotrowiak
Z problemami kadrowymi boryka się coraz więcej liceów ogólnokształcących. Z pomocą przychodzą nauczyciele, którzy już osiągnęli wiek emerytalny. Często prosi Pani emerytowanych nauczycieli o powrót?
– Coraz częściej. Ostatnio wydarzyła się jednak szczególna sytuacja. Podziękowałam emerytowanej nauczycielce za pracę, kiedy znalazłam na jej miejsce młodego doktoranta fizyki. Po roku kupiłam kwiaty i poszłam do niej, schyliłam głowę i powiedziałam, że bardzo ją proszę, jeśli ma jeszcze siłę i czas, żeby do nas wróciła. Wcześniej mogła poczuć się urażona, ale zgodziła się.
Ta historia, o której wspominam, pokazuje, że jak ktoś nie ma nauczycielskiego genu, pewnych umiejętności albo doświadczenia w przekazywaniu wiedzy, to niewiele zrobi. Wiek nie ma tu nic do rzeczy. Trzeba mieć kontakt z dziećmi i młodzieżą.
AI i nowoczesne technologie nie zastąpią nauczyciela. To pokazało już przed laty zdalne nauczanie.
Od lat mówi się, że emerytowani nauczyciele ratują szkoły. Według różnych statystyk co najmniej 40-70 tys. pracujących nauczycieli osiągnęło już wiek emerytalny. Być może nawet co 10. nauczyciel to emeryt, który wspiera szkoły borykające się z brakami kadrowymi.
– My każdego dnia na nich polegamy. Nie wiem, co ja bym bez nich zrobiła.
Dane IBE z międzynarodowego badania TALIS 2024 pokazały, że polska szkoła ma jeden z największym wskaźników starzenia się kadry w Europie. Jak jest w „Zamenhofie”?
– Na 47 nauczycieli jest tylko trzech, którzy mają staż krótszy niż cztery lata. W grupie osób 50+ mamy 25 nauczycieli, a w grupie 60+ ośmiu. Na emeryturach po uzyskaniu wieku emerytalnego przebywa pięć kobiet. Wszystkie nadal pracują. Są to fizyczka, matematyczka, informatyczka i dwie geografki, w tym ja.
Z naborem młodych nauczycieli do zawodu też nie jest dobrze. To kwestia niskich pensji czy po prostu młodzi nie chcą wykonywać tego zawodu?
– Nie ma fizyków, matematyków i informatyków, którzy byliby przygotowani do pracy w szkole. Nie ma też chemików ani biologów. Dwa lata temu szukałam geografa, nie znalazłam go, dopiero koleżanka geografka namówiła absolwentkę naszej szkoły do pracy z uczniami. Okrężną drogą udało się kogoś znaleźć, a właściwie namówić. Luka pokoleniowa, jak widać, dotyczy wszystkich przedmiotów matematyczno-przyrodniczych.
Co wtedy, kiedy wydarzy się coś losowego?
– Trudno jest wtedy znaleźć zastępstwo. Nadal szukam matematyka po tym, jak nasz kolega złamał nogę. Jest on także nauczycielem informatyki. Tylko w swojej klasie maturalnej ma 11 godzin matematyki, a ja już widzę, że mam zero szans na znalezienie kogokolwiek na dwa miesiące do tej klasy. Poszukiwanie nauczyciela to jedno z największych wyzwań. Zaczynamy tradycyjnie, od strony kuratoryjnej. To jest standard, ale niekiedy bardziej skuteczne są inne metody.
Często korzystam z forum dyrektorów w mediach społecznościowych, gdzie sygnalizujemy problemy, dopytujemy się nawzajem, czy ktoś nie zna nauczyciela, który miałby wolne godziny.
Prosimy, pocztą pantoflową, żeby zapytać, czy ich nauczyciel matematyki nie wziąłby tych godzin. Mam nadzieję, że lada dzień kogoś znajdę.
Nie każdy, kto skończył matematykę, może uczyć matematyki.
– To jest sedno problemu. Nauczyciel, który uczy w liceum, zna podstawę programową, doskonale wie, jak powinny wyglądać przygotowania do matury, jakie są wymagania. Kiedy potrzebne jest nagłe zastępstwo, to już nie ma czasu na tłumaczenie i naukę zawodu, zwłaszcza na kilka tygodni przed maturą. Dlatego nieraz sięgam po telefon, żeby zapytać w wydziale edukacji, bo tam też czasami trafiają CV, „wieszam” ogłoszenie w social mediach. Bez rezultatu.
Rozważa Pani inne rozwiązania?
– Może będę prosiła o zadawanie ćwiczeń przez innych nauczycieli. Tylko że ktoś później będzie musiał je sprawdzać. Szukam alternatywnych rozwiązań, bo wszyscy mają w tej chwili po półtora etatu. Niż demograficzny również nie rozwiąże naszych problemów. W szkołach takich jak nasza, gdzie potrzeba nauczycieli specjalistów, którzy przygotowują młodzież do matury, zmiany demograficzne nie będą aż tak odczuwalne. Niezależnie od liczby uczniów, nadal będziemy potrzebowali nauczycieli.
(…)
Wysokość wynagrodzeń mogłaby poprawić sytuację. Czy podwyżka sprzed dwóch lat, ubiegłoroczna waloryzacja w wysokości 5 proc. i obecna trzyprocentowa wystarczą, żeby zatrzymać tych, którzy jeszcze są?
– Podwyżki z 2024 r. były ratunkiem w beznadziejnej sytuacji. Były niezbędne. Tylko że nie można na tym poprzestać. Trzeba coś zrobić, i to jak najszybciej, szczególnie w przypadku nauczycieli początkujących i mianowanych, bo różnica w wynagrodzeniach zasadniczych wynosi między nimi zaledwie 161 zł brutto. Państwo proponuje młodemu nauczycielowi wytężoną pracę przez cztery lata, żeby po tym czasie mógł zyskać 161 zł. To są żadne pieniądze, żadna motywacja. Ogromny błąd, która wymaga naprawienia. O młodych trzeba pomyśleć, bo oni nie są zainteresowani pracą w szkole – z tych m.in. powodów. I z tych też powodów, kiedy szukamy nauczycieli, nie mamy z kogo wybierać.
Z takimi pensjami nie będzie nauczycieli, tym bardziej że dojście do pensji dyplomowanego jest długotrwałe i uciążliwe. Problemem jest również brak odpowiedniej gratyfikacji po osiągnięciu dyplomowania. Jak mam docenić nauczycieli z najwyższym stopniem awansu zawodowego, czym ich zmotywować?
Dodatek motywacyjny tematu nie załatwi. Szkoły nie mają takiej puli pieniędzy, żeby każdemu nauczycielowi, który się angażuje, jest aktywny i ma duże osiągnięcia, wypłacać po 1 tys. zł. W praktyce tylko kilka osób mogłoby tyle otrzymać. Chcąc docenić większą grupę nauczycieli, wypłacamy po ok. 400 zł, pozostali otrzymują minimalną kwotę ustaloną przez samorząd. W Łodzi to minimum jest na poziomie 250 zł. Staram się wyróżnić jak najwięcej nauczycieli, wielu dyrektorów szkół tak robi, tylko że z tych 250 zł brutto na konto nauczyciela wpływa zaledwie 150 zł. A o tym się też nie mówi.
Zmiany w edukacji? Janusz Olczak: Powiem, co trzeba zrobić: pensje, pensje i dodatki motywacyjne
Ile powinien wynosić dodatek motywacyjny?
– Minimum 1 tys. zł, bo wtedy nauczyciel otrzymywałby na rękę blisko 650 zł dodatku. Ale trzeba zwiększyć środki dla szkół na dodatki motywacyjne. Obecnie są one za małe, żeby można było docenić zaangażowanie każdego nauczyciela z osobna.
Kwestia wynagrodzeń nauczycielskich wymaga poważnych dyskusji. Bo karze się tych, którzy się bardziej starają. Mówię o nauczycielach z co najmniej 20-letnim doświadczeniem, mających 20-proc. dodatek stażowy, 1,5 etatu i status nauczyciela dyplomowanego. Pod koniec roku wpadają w drugi próg podatkowy.
W grudniu przychodzą do mnie i pytają: „Dlaczego dostałem 1,5 tys. – 2 tys. zł mniej?”. Okazuje się, że ciężej pracujący nauczyciel, który uczy w szkole przynajmniej od dwóch dekad jest, według państwa, krezusem i trzeba go opodatkować jak posła czy biznesmana.
Jakie jest najważniejsze pytanie, które pada dziś w pokojach nauczycielskich?
– Kiedy siedzimy w swoim gronie, często zadajemy sobie pytanie: „Co będzie dalej?”. I czasami słyszę: „Czas umierać”. Tak, padają nawet takie słowa. Bo coraz trudniej jest nam zrozumieć podejście młodych pokoleń do edukacji. Coraz większe mają oczekiwania, ale nie chcą się przykładać do nauki. Nie ma szacunku do szkoły.
W nauczycielach jest wielki niepokój i poczucie, że nie są szanowani. Jeżeli nic się nie zmieni, jeżeli nie zainwestuje się w nauczycieli jako grupę zawodową, to szkoły czeka spadek jakości nauczania.
Emeryci wkrótce zaczną odchodzić na zasłużony odpoczynek, a nie ma ich kto zastąpić. Może jest jeszcze za wcześnie, żeby mówić, że bez nauczycieli emerytowanych musiałabym zamknąć szkołę, ale na pewno bez nich bardzo obniżyłby się poziom nauczania.
Dziękuję za rozmowę.
Prezentujemy skróconą wersję wywiadu opublikowanego w Głosie Nauczycielskim nr 11-12 z 18-25 marca 2026 r. (wydanie drukowane i elektroniczne – e.glos.pl). Fot. Archiwum prywatne